piątek, 22 września 2017

Rozdział 24 "Siła przeciwko determinacji"


Rozdział zbetowany przezblack opium.

Karrypto stał na szczycie wieży i patrzył na rozciągające się równiny. Zamyślony, analizował wszystkie kroki, jakie dotychczas podjęli zastanawiając się, czy niczego nie przeoczył. Od swojego informatora wiedział, że wrogowie zaatakują z południowej strony. Właśnie tam kazał zastawić najwięcej pułapek oraz ustawić większą liczbę obrońców. W tej chwili obserwował z góry, jak wszyscy krzątają się na murach, szukając miejsca, do którego zostali przydzieleni. Westchnął i wrócił do swojej komnaty. Zdjął czarną pelerynę, następnie podszedł do szafy oraz ściągnął szatę z małego wieszaka. Patrzył na nią, a po chwili wyszeptał do siebie:
— Minęło trochę czasu, odkąd ostatni raz miałem ją na sobie.
Tkanina miała szkarłatny kolor. Na niej widniały złote nici, które tworzyły bliżej nieokreślone wzory. Tylną część szaty zdobiła złota salamandra sprawiająca wrażenie, jakby szykowała się do ataku. Karrypto odszedł od szafy i skierował się do biblioteczki. Przejechał palcami po grzbiecie jednej z ksiąg. Usłyszał ciche kliknięcie, a półka zaczęła się odsuwać.
Za nią znajdował się malutki pokoik z piedestałem jako jedyną ozdobą. Na nim spoczywał długi miecz. Klinga również miała szkarłatny kolor. Zdobiły ją dziwne i rzadko spotykane runy. Rękojeść była w kształcie salamandry. Kiedy tylko chwycił za broń, ogon płaza okręcił się mocno wokół jego nadgarstka, uniemożliwiając mu wypuszczenie ostrza. Uścisk zelżał dopiero, gdy Karrypto wsunął go do przywiązanej przy pasie pochwy. Wrócił do komnaty, zamykając wejście do sekretnego pokoju, i wyszedł na balkon. Obserwując rozciągający się przed nim krajobraz, czekał cierpliwie na to, co miały przynieść kolejne minuty.
***
Meredith weszła do swojego gabinetu i natychmiast wyjęła kociołek. Położyła go na palniku i starannie dobierała składniki, czasami zaglądając do książki. W skupieniu siekała liście tentakuli, kiedy do pokoju weszła rudowłosa kobieta. Skinęła głową na powitanie i powiedziała:
— Zgłaszam, że wszyscy mieszkańcy Dębowej Doliny zostali przeniesieni do jaskiń. Co mamy robić teraz?
— Zajmijcie wyznaczone pozycje i czekajcie na dalsze instrukcje — odparła Meredith. — Dołączę do was, jak tylko skończę warzyć ten eliksir. Zakładam, że przyda się po tym wszystkim.
Kobieta skinęła głową i wyszła. Meredith wrzuciła liście tentakuli do kociołka. Mieszała wywar, aż przybrał pomarańczowy odcień. Z aprobatą kiwnęła głową i zaczęła przelewać eliksir do fiolek. Kiedy zakorkowała ostatnią, posprzątała po sobie i zaczęła się przebierać. Ubrała identyczną szatę jak Karrypto. Zdjęła ze ściany wiszący łuk oraz kołczan. Potem wyszła z gabinetu, upewniwszy się, że buteleczki są odpowiednio zabezpieczone.
***
Dartan ostrzył właśnie swoją broń. Były to dwa srebrne kastety zakończone potrójnym ostrzem. Na każdym z nich znajdowały się runy. Założył je na dłonie i zacisnął pięści. Mruczał pod nosem jakieś zaklęcia, aż w końcu znaki rozbłysły błękitnym światłem. Ostrza zaczęły wirować z ogromną prędkością. Dartan machnął różdżką, a przed nim pojawił się gruby ceglany mur. Podszedł, zamachnął się i uderzył w niego pięścią. Przeszkoda rozpadła się, zostawiając po sobie jedynie pył. Dartan uśmiechnął się, znów wymruczał zaklęcie, a błękitna poświata zniknęła. Zdjął kastety, czarami usunął zabrudzenie i ubrał szatę.
— Dobrze, że po tak długim czasie ostrza się nie stępiły — powiedział do siebie.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi.  Do pokoju weszła młoda blondynka. Stała przed nim, zdając mu raport z poczynań i czekając na dalsze instrukcje. Dartan powiedział, aby zajęła wyznaczone miejsce i czekała na niego. Miała już odejść, ale mistrz zatrzymał ją.
— Czy twój narzeczony jest gdzieś w pobliżu?
— Owszem — odparła kobieta, zaskoczona pytaniem Dartana.
— Mogłabyś go do mnie przyprowadzić?
Skinęła głową i wyszła.
Zamyślony Dartan przeglądał właśnie jedną z ksiąg, kiedy przerwało mu nieśmiałe pukanie do drzwi. Po usłyszeniu zaproszenia, do komnaty wślizgnął się młody mężczyzna.
— Chciał mnie mistrz widzieć?
— Tak. — Dartan skinął głową. — Powiedz mi, czy twój feniks jest obecnie w zamku?
— Zgodnie z poleceniem mistrza Karrypto wysłałem go z wiadomością do innych, którzy przebywają poza zamkiem. Jeszcze nie wrócił.
— Jak tylko wróci, to proszę, abyś wysłał go na plac treningowy. Niech przeleci dookoła i sprawdzi, czy uczniowie dają sobie radę.
— Czy coś się stało?
— Nie. — Dartan uznał, że lepiej zachować informację o trzech ciałach dla siebie. — Po prostu chce się dowiedzieć, jak im idzie.
— Dobrze, jak tylko San się pojawi, natychmiast go wyślę.
— Proszę cię też, abyś nie mówił o tym mistrzowi Karrypto — dodał Dartan. — Już i tak ma sporo na głowie. Gdyby chciał skorzystać z pomocy Sana, to powiedz, że nie wrócił jeszcze z poprzedniego zadania.
Członek Salamandry skinął głową i opuścił pomieszczenie. Dartan podszedł do okna. "Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno", mruknął do siebie.
***
Harry, Martin i Kaspar odpoczywali oparci o pień dębu. Kaspar i Harry zajadali się czekoladowymi żabami, natomiast Martin w zamyśleniu patrzył na mapę. Nie zachowywali się tak, jakby groziło im niebezpieczeństwo. Trzech czarodziejów zdawało sobie sprawę, że gdzieś na tym terenie znajdują się wrogowie, którzy najwidoczniej chcą pozbawić ich życia. Nie zatrzymywali się dłużej niż na kilka minut po to, aby złapać oddech i ewentualnie coś przegryźć. Ich celem było jak najszybsze odnalezienie księgi i poinformowanie o wszystkim mistrzów.
Kaspar odgryzł żabie jedną z czekoladowych nóg. Oblizał się i powiedział:
— Może spróbujmy po prostu wrócić przed bramę?
— Już ci mówiłem — westchnął Martin. — Brama jest zamknięta tak, aby nikt z nas nie mógł stąd wyjść, dopóki nie wykonamy zadania. Na nic by się zdało krzyczenie, z pewnością nałożono zaklęcia wyciszające.
— A gdyby wystrzelić czerwone iskry? — zasugerował Harry.
— Zrobiłem to pół godziny temu — odparł Martin. — Do tej pory nic się nie wydarzyło. Jesteśmy tu uwięzieni i nic na to nie poradzimy. Zostało nam tylko iść naprzód i spróbować odnaleźć księgę.
— A jak znowu spotkamy tych świrów? — zapytał z niepokojem Kaspar.
— Liczę na to, że nie spotkamy — odpowiedział Martin.
Wyszli z lasu wprost na otwarty teren. Rzucili na siebie zaklęcie kameleona i zaczęli iść, gdy nagle usłyszeli głośny wybuch i urywane krzyki. Stanęli, rozglądając się za źródłem hałasu, a po swojej prawej stronie dostrzegli majaczącą w oddali malutką smugę dymu. Wkrótce wrzaski ucichły i znowu otoczyła ich głucha cisza. Oznaczało to, że nieznajomi oprawcy dopadli kolejną grupę uczniów. Chłopcy przełknęli ślinę i po chwili wahania ruszyli dalej. Widać było, że są coraz bardziej zdenerwowani. Teraz liczyło się dla nich jak najszybsze wydostanie się z tego piekła. Przeszli przez otwarty teren i stanęli przed ogromnym masywem górskim. Martin odwrócił się do pozostałych i rzekł:
— Wygląda na to, że jesteśmy na dobrej drodze. Musimy przejść przez tą górską przełęcz. Potem będziemy musieli pokonać dolinę pełną jezior, a na końcu ruiny jakiegoś zamku. Za nimi znajduje się cmentarz, a na nim krypta. Tak czy siak, czeka nas jeszcze kilka dobrych godzin marszu. Musimy uważać, ponieważ według mapy tutaj zaczynają się już ukryte pułapki.
Kaspar i Harry westchnęli, ale zgodzili się z Martinem. Weszli na ścieżkę, która biegła między szczytami. Ostrożnie stawiali kroki, jednak wiedzieli, że to nic nie pomoże, gdyż nie mieli pojęcia, co dokładnie aktywuje pułapki. Kaspar szedł na przedzie. Kopnął jakiś kamień, który leżał na drodze. Następnie wszystko potoczyło się szybko.
Martin chwycił Kaspara za kołnierz i pociągnął do tyłu. Zrobił to w ostatniej chwili, gdyż na miejsce, gdzie przed chwilą stał chłopak, zaczęły spadać noże. Harry zauważył, że wylatywały z małych otworów umieszczonych na skalnych ścianach. Wyglądały jak zwykłe pęknięcia w skale i gdyby nie widział, jak to właśnie z nich wylatują śmiercionośne narzędzia, to z pewnością nie dostrzegłby w nich nic nadzwyczajnego. Natomiast Kaspar stał z szeroko otwartymi oczami, niezdolny do powiedzenia czegokolwiek. W końcu przeniósł wzrok na Martina i powiedział słabym głosem:
— Stary, dzięki.
— Nie ma za co — odpowiedział Martin. — Nie dotykajcie absolutnie niczego. Pójdę przodem, a wy stawiajcie kroki dokładnie tam, gdzie ja.
Chłopcy skinęli głowami. Już dawno przyzwyczaili się do tego, że Martin jest nieoficjalnym przywódcą ich grupy. Zdawali sobie sprawę, że ma do tego najlepsze predyspozycje, ponieważ był wybitnie inteligentny, a także miał najlepsze wyniki na szkoleniach. Toteż Harry i Kaspar bez protestów słuchali jego poleceń.
Mozolnie posuwali się naprzód, uważnie badając każdy skrawek ziemi, nim zdecydowali się postawić kolejny krok. Martin podniósł nagle rękę, a idący za nim przyjaciele zatrzymali się.
— Co jest? — zapytał Harry.
— Mamy przed sobą kolejną pułapkę — odpowiedział Martin.
— Gdzie? — Harry zaczął spoglądać w górę, wypatrując kolejnych otworów w skałach. Gdy niczego nie zobaczył, dodał: — Nic nie widzę.
— Spójrz na ściany tych gór. — Martin wskazał ręką szczyty po obu stronach. — Jeżeli przypatrzysz się uważniej, dostrzeżesz, że przez kilka metrów te ściany wyglądają zupełnie inaczej. Na pozór niczym się nie różnią, ale spójrzcie.
Martin cofnął się kilka kroków i podszedł do jednej ze skał.
— Tutaj jest chropowata i ma wybrzuszenia. Widać także nieznaczne pęknięcia. — Chłopak wrócił na miejsce, w którym stał przed chwilą. — Natomiast tutaj jest zupełnie gładka. Jeśli przyjrzeć się dokładniej, widać również, że ma inny odcień od tamtej.
— Jak ty to dostrzegłeś? — Kaspar popatrzył na niego z podziwem.
— Po prostu uważnie patrzyłem. — Martin wzruszył ramionami. — Według mnie gdzieś na tej ścieżce jest mechanizm aktywujący pułapkę. Strzelam, że gdybyśmy go włączyli, zostałyby z nas tylko zmielone kosteczki.
— Czy mistrzów już do reszty pochrzaniło?! — wybuchnął Kaspar wymachując rękami. — Rzucać nas w miejsce, gdzie przez nieuwagę możemy zginąć?!
— Też nie rozumiem ich decyzji — przyznał Martin. — Rozumiem pułapki, które mogłyby nas gdzieś uwięzić albo całkowicie wyeliminować z gry. Po powrocie na pewno nie wymigają się od wyjaśnień.
Kaspar mruczał pod nosem niezbyt przyjemne słowa pod adresem mistrzów. Natomiast Harry wraz z Martinem uważnie obserwowali ścieżkę, próbując dostrzec nawet najmniejszy szczegół, który pozwoliłby im odgadnąć, co aktywuje pułapkę. Ale na szlaku nie było zupełnie nic, nawet najdrobniejszego kamyka lub samotnie rosnącego źdźbła trawy. Chłopcy popatrzyli na siebie wzruszając ramionami. W pewnym momencie nad ich głowami przeleciał mały ptaszek, radośnie ćwierkając. Usiadł na pobliskiej półce skalnej i wpatrywał się w nich małymi oczkami. W końcu Harry westchnął i postąpił krok do przodu mówiąc:
— Tkwiąc tutaj, na pewno niewiele zdziałamy. Być może to tylko straszak albo Martin wyciągnął złe wnioski.
— Albo zostanie z ciebie tylko czerwona papka — dorzucił Martin.
— Będę ostrożny — zapewnił Harry. — Nie postawię kroku, dopóki nie będę miał pewności, że wszystko w porządku.
Martin kiwnął głową. Harry ruszył naprzód i zatrzymał się w miejscu, gdzie górskie ściany zaczęły zmieniać swój wygląd. Spojrzał jeszcze raz na przyjaciół oraz głęboko odetchnął. Już miał postawić pierwszy krok, gdy nagle mały ptaszek wzbił się w górę i wylądował na drodze przed nim, najwyraźniej dostrzegłszy na niej jakieś ziarenko lub dżdżownicę. Ledwie dotknął nóżkami gruntu, gdy ściany błyskawicznie przysunęły się do siebie. Minęło kilka sekund nim ponownie się odsunęły, a po zwierzątku nie było najmniejszego śladu. Czerwone zabarwienie na drodze oraz skałach jasno dawały jednak do zrozumienia, co się z nim stało. Harry patrzył na to szeroko otwartymi oczami, wciąż z uniesioną stopą. Kaspar natychmiast pociągnął go do tyłu. Natomiast Martin wygrzebał skądś kamień i rzucił go przed siebie. Gdy tylko dotknął ścieżki, pułapka znowu się uruchomiła, a po rzuconym przedmiocie została kupka pyłu. W końcu Kaspar rzekł:
— Wygląda na to, że nie ma żadnego mechanizmu. To po prostu uruchamia się, gdy ktoś spróbuje tędy przejść.
— Musimy znaleźć inną drogę — rzekł Martin.
Rozejrzał się dookoła. Nie było żadnej ukrytej ścieżki, żadnego mostu ani nic takiego. Wyglądało na to, że nie można było przejść inaczej.
— Mam pomysł — powiedział Martin. — Dorośli na pewno musieli tędy przejść, skoro umieścili księgę. A to znaczy, że da się to jakoś wyłączyć. Jeżeli nie tutaj, to po drugiej stronie.
— Co proponujesz? — zapytał Harry.
— Jeden z nas musi dostać się na drugą stronę, przy pomocy pozostałych.
— Niby jak? — zapytał Kaspar.
— Bardzo prosto — odparł Martin. — Ty i Harry mnie przelewitujecie.
Chłopcy skinęli głowami i wyciągnęli różdżki, celując nimi w Martina. Równocześnie wypowiedzieli "Wingardium Leviosa" unosząc przyjaciela kilka metrów nad ziemią. Ostrożnie kierowali go naprzód, uważając, aby chłopak nie pokaleczył się o skały. Ze względu na jego wagę ciężko było im utrzymać zaklęcie, ale wiedzieli, że nie mogą teraz zawieść. W końcu dał im znak ręką, aby powoli go opuszczali. Harry wstrzymał oddech obserwując, jak Martin dotyka ziemi. Nic się jednak nie wydarzyło, co wskazywało na to, że umieścili go poza zasięgiem pułapki.
Martin rozejrzał się dookoła, szukając wyłącznika. Zauważył dziwne pęknięcie przy jednej ze ścian, które było nienaturalnie proste i wąskie. Podszedł tam i zaczął badać skałę. Poczuł nikły podmuch wiatru wydobywający się ze szczeliny, więc dotknął rękami kawałka góry i spróbował go przycisnąć. Część ściany bardzo łatwo wsunęła się do środka, pokazując ukryty korytarz, a w nim dźwignię umieszczoną w skale. Przesunął ją i wyszedł na zewnątrz, po czym podniósł kamień i rzucił go w stronę Harry'ego i Kaspara. Upadł daleko od nich, jednak gdy dotknął ścieżki, nic się nie wydarzyło. Martin dał znak chłopakom, że przejście jest bezpieczne.
Kiedy wszyscy znaleźli się po drugiej stronie, Martin chciał ponownie aktywować pułapkę i kontynuować marsz. Jednak zanim zdążył zrobić krok, zauważył sylwetki trzech postaci, które zmierzały w ich kierunku. Chłopcy natychmiast rozpoznali swoich niedawnych przeciwników. Potężny mężczyzna, widząc ich, powiedział:
— Proszę, proszę, małe robaczki dotarły tak daleko. Cóż, wygląda na to, że ta przełęcz będzie waszym grobem.
— Na twoim miejscu nie wyciągałbym pochopnych wniosków — odwarknął mu Kaspar. — Na obecną chwilę to my jesteśmy w lepszym położeniu.
— Czyżby? — Nastolatek uśmiechnął się ironicznie. — Pewnie zaraz powiesz, że macie jakąś tajną broń, co?
Martin nic nie odpowiedział tylko obserwował nieznajomych. Przysunął się do Kaspara i szepnął mu coś do ucha. Chłopak skinął głową i zniknął w korytarzu, gdzie znajdowała się dźwignia. Martin ze spokojem patrzył, jak tamci się zbliżają. Kiedy byli już w połowie drogi do nich, Martin powiedział:
— Jak powiedział mój kolega, mamy nad wami przewagę. Waszym błędem było to, że nie obserwowaliście otoczenia.
Kiedy trójka nieznajomych zrobiła zdziwione miny, Martin krzyknął:
— Teraz!
Harry usłyszał ciche kliknięcie. Domyślił się, że Kaspar ponownie aktywował pułapkę. A jako że nieznajomi byli w jej zasięgu, nie zdziwił się, gdy nagle skały drgnęły i zaczęły się do nich przysuwać. Usłyszeli niezrozumiały krzyk mężczyzny z zasłoniętymi oczami, a potem widok przysłonił im tuman kurzu. Kaspar wyszedł z korytarza, a Martin klasnął w dłonie i rzekł:
— I po kłopocie. Idę o zakład, że została z nich tylko mokra plama.
Odwrócił się i chciał ruszyć dalej. Nagle Harry zauważył promień zielonego światła, lecący w kierunku pleców Martina. Szybko przewrócił kolegę, a zaklęcie roztrzaskało głaz przed nimi. Cała trójka odwróciła się w chwili, gdy rozległ się krzyk:
— Nie myślcie sobie, że to już koniec bachory!
Harry, Martin i Kaspar spojrzeli po sobie.
— Jakim cudem oni...? — zaczął Martin, lecz w tej samej chwili kurz opadł i Martin otrzymał odpowiedź na swoje niedokończone pytanie.
Siłacz stał w rozkroku i obiema dłońmi przytrzymywał zbliżające się skały. W tym samym czasie jego dwaj towarzysze chronili go przed ewentualnym atakiem.
Kaspar wrzasnął i cisnął w nich zaklęciem wybuchającym. W tym samym czasie Harry wycelował w najmłodszego z wrogów, a zaraz potem w jego kierunku poleciało kilkanaście płonących noży. Chłopak zrobił wściekłą minę i uskoczył przed lecącymi przedmiotami. Spojrzał na Pottera z żądzą mordu w oczach i wrzasnął:
— Jak śmiesz mnie atakować, zasrany gówniarzu!
Cisnął w Harry'ego Avadą, lecz Wybraniec natychmiast odskoczył w bok. W tym czasie facet z opaską na oczach wystrzelił do przodu i zaszarżował na Martina. Frillock dzielnie się bronił. Jednakże przeciwnicy byli świetnie wyszkoleni, mało tego, mieli nadludzkie umiejętności, toteż chłopcy wiedzieli, iż nie mają najmniejszych szans. Kaspar dał sygnał do ucieczki. Martin i Harry kiwnęli głowami na znak zgody. W międzyczasie łysemu mężczyźnie udało się zebrać tyle siły, aby odepchnąć dwie skały. Szybko uciekł z pułapki i wraz z towarzyszami zaczął ścigać nastoletnich czarodziejów.
Nagle Kaspar runął na ziemię. Widząc to, Harry i Martin zatrzymali się, aby mu pomóc, lecz wciąż byli atakowani przez wrogów. Kaspar nagle krzyknął:
— Biegnijcie dalej! Nie przejmujcie się mną, dam sobie radę!
— Nie łudź się, że cię tu zostawimy! — odkrzyknął Harry, ciskając Drętwotą w faceta z bandażem.
Przeciwnik zareagował zbyt późno, wskutek czego leżał teraz oszołomiony na ziemi. Nie trwało to jednak długo, bowiem natychmiast ocucił go jeden z jego kolegów.
— Jak będziemy z nimi walczyć w trójkę, to na pewno zginiemy! — krzyknął Kaspar. — Zatrzymam ich, a wy jak najszybciej dostańcie się do księgi i powiadomcie innych.
Chłopcy wykłócali się z nim jeszcze przez chwilę, aż w końcu Kaspar się zdenerwował:
— Spieprzajcie stąd! — ryknął. — Mówiłem, że dam sobie radę! Nie spałem na wszystkich lekcjach z Karrypto!
W końcu Martin niechętnie skinął głową.
— Jak tu zginiesz, to własnoręcznie cię zabiję — rzucił na odchodne.
Kaspar zaśmiał się pod nosem z tej bezsensownej groźby. Martin skinął na Harry'ego i oboje zaczęli się wycofywać. Kaspar natomiast stał na swoim miejscu i skutecznie uniemożliwiał wrogom pogoń za przyjaciółmi. W końcu najmłodszy z wrogów się zirytował.
— Zajmij się nim, Garrik — zwrócił się do umięśnionego mężczyzny. — Ja i Sanguis idziemy za tamtą dwójką.
Garrik skinął głową. Kaspar widząc, co się święci, próbował interweniować.
— Nie pozwolę wam! - krzyknął i wyciągnął miecz, próbując zagrodzić im drogę.
Nagle padł na niego jakiś cień. Spojrzał w górę i zobaczył Garrika, który spadał wprost na niego. Burrows odskoczył w bok, a olbrzym wstał z ziemi i wyszeptał do niego:
— To ja będę twoim przeciwnikiem, gówniarzu.
Garrik blokował Kasparowi drogę, pozwalając swoim towarzyszom pognać dalej. Kaspar musiał pogodzić się z porażką i w duchu liczył, że Martin i Harry poradzą sobie ze złoczyńcami. Sam stał naprzeciwko umięśnionego mężczyzny, który lustrował go małymi oczkami. Kaspar widział jak jego wróg napina muskuły. W końcu zaatakował chłopaka. Duża masa jego ciała sprawiała, że tracił na szybkości, toteż Kaspar bez problemu unikał jego ciosów. Ilekroć mężczyzna uderzał pięściami w ziemię, Kaspar czuł pod nogami drżenie.
Chłopak przystąpił do kontrataku. Strzelał w swojego przeciwnika zaklęciami, lecz ten z łatwością ich unikał. Kaspar zdecydował się nawet na rzucanie Niewybaczalnych, lecz nie miał z tych zaklęć wielkiego pożytku. Człowiek naprzeciwko niego miał świetny refleks. Jednak coś w jego zachowaniu przyciągnęło uwagę Burrowsa. Garrik ciągle odskakiwał przed jego zaklęciami. Nawet nie próbował wyczarować tarczy ani odpowiedzieć jakąś klątwą. Wszystko co robił, to walił pięściami w ziemię, rzucał wielkimi odłamkami skalnymi i unikał ciosów. Dopiero po chwili Kaspar zorientował się, że mężczyzna nie ma nawet w dłoni różdżki. Nie miał czasu, by dłużej nad tym pomyśleć, ponieważ Garrik wyjął z kieszeni coś, co przypominało malutką bryłkę węgla i  rzucił ją na ziemię. Cały obszar wokół nich pochłonęła gęsta i nieprzenikniona ciemność. Kaspar wytężał wzrok, ale nie mógł nic zobaczyć. Nie pomogło nawet zaklęcie światła. Usłyszał głos swojego przeciwnika:
— Zobaczymy, czy w ciemności również jesteś taki hardy. Zaraz nie będzie z ciebie co zbierać.
Burrows bardziej usłyszał niż zobaczył, że coś leci wprost na jego głowę. Uskoczył w bok, a w miejscu, gdzie przed chwilą stał, leżał wielki głaz. Kolejne skalne pociski spadały na niego. Pomyślał, że jak najszybciej musi wydostać się z tych ciemności. Obrał jeden kierunek i biegł ile sił. Ciągle słyszał za plecami głos Garrika:
— Widzę cię, szczylu! Nie ukryjesz się przede mną!
Czerń zaczęła powoli opadać. Kaspar widział zarysy gór oraz ścieżkę, po której biegł. Weszcie zobaczył, jak olbrzym stoi przed nim z rękami założonymi na piersi. Uśmiechał się ironicznie i znowu ruszył do ataku. Podopieczny Karrypto unikał jego ciosów, próbując trafić go jednym ze swoich uroków. Wtem poczuł silne uderzenie w brzuch. Było tak mocne, że Kaspar poleciał kilkanaście metrów. Kaszlał, próbując złapać oddech. Poczuł, jak silna ręka chwyta go za głowę i unosi nad ziemię. Zdążył jeszcze dostrzec zadowolone oczy Garrika, gdy poczuł kolejny cios w żebra. Przeciwnik podniósł kolano i skierował głowę chłopaka wprost na nie. Następnie podrzucił go w górę i solidnym kopniakiem posłał na ścianę. Przeszywający ból w plecach na chwilę wyłączył świadomość Kaspara. Krew cieknąca ze złamanego nosa tylko go dekoncentrowała. Szybko nastawił go zaklęciem, a także rzucił czar znieczulający na połamane żebra, ale i tak odczuwał skutki ich uszkodzenia. Tymczasem Garrik stał przed nim i obserwował jego poczynania z zadowolonym uśmiechem. Wreszcie powiedział:
— Niezły jesteś, a w każdym razie lepszy od poprzednich dzieciaków. Ale i tak wynik tego pojedynku jest przesądzony.
Mężczyzna sięgnął do kieszeni szaty i wyjął z niej metalowe rękawice. Założył je na dłonie. Rękawice były naszpikowane kolcami, wyglądającymi jak szpony jastrzębia.
— Nie pokona mnie byle charłak — oświadczył Kaspar, a widząc cień zaskoczenia na twarzy mężczyzny, uśmiechnął się złośliwie. — Zgadłem, prawda? To dlatego nie używasz żadnych zaklęć. Nadludzka siła jest twoją jedyną bronią.
— Cóż za zmysł obserwacji — zakpił mężczyzna. — Ale nie tylko siła jest moim atutem. Twoje zaklęcia nic mi nie zrobią. Moja skóra jest wytrzymała niczym smoczy pancerz.
— Przetrwa nawet to? — zapytał Kaspar. Po chwili z jego różdżki wyleciał zielony promień. Garrik szybko odskoczył na bok. — Tak myślałem — dodał Kaspar z uśmiechem satysfakcji.
Przeciwnik zaryczał wściekle i ruszył na Burrowsa. Chłopak ciskał w niego różnymi klątwami, ale wyglądało na to, że mężczyzna nie kłamał. Mimo że zaklęcia w niego uderzały, to nie były w stanie przerwać jego biegu.
— Obym tylko dzisiaj musiał używać tego zaklęcia — mruknął do siebie Kaspar, a potem skupił się na swojej nienawiści do tego człowieka i rzucił w niego Avadą.
Jednak Garrik był nie tylko silny jak troll, lecz również zwinny jak jaszczurka. Bez problemu omijał lecące w jego kierunku zielone promienie. W końcu Kaspar poczuł za plecami twardą skałę. Nie mógł się już cofać, a jego wróg zbliżał się coraz bardziej. Chłopak zebrał całą swoją siłę i uderzył go czarem odpychającym. Jedynym efektem było cofnięcie się napastnika o kilka kroków, lecz potem znów ruszył do szarży.
Kaspar w ostatniej chwili wyciągnął miecz. Zatrzymał orężem jedną z rękawic, lecz był za wolny, by uchylić się przed drugą. Poczuł piekący ból w brzuchu i zobaczył, jak jego szata przesiąka krwią. Garrik cofnął się, gdy Kaspar upadł na kolana.
— Jesteś słaby, chłopcze — powiedział z uśmiechem satysfakcji. — To dlatego twoi przyjaciele cię zostawili. W każdej drużynie znajdzie się ktoś, kto jest kompletnie bezużyteczny. Z kogo śmieje się cała reszta. Dla nich to ty jesteś taką osobą. Ten grubas zna całkiem sporo zaklęć, a poza tym jest inteligentny. Potter wielokrotnie pokonywał Voldemorta, więc również ma predyspozycje do zostania świetnym czarodziejem. A ty? — Garrik popatrzył na niego jak na robaka. —  Najgorsze wyniki na sprawdzianach i brak chociażby krztyny racjonalnego myślenia. Słabeusze zawsze zostają w tyle, tylko po to, by nie przeszkadzali tym, którzy faktycznie są w stanie coś zdziałać. Myślisz, że Potter i ten drugi będą rozpaczać po twojej śmierci? Przeciwnie, bardzo się z tego ucieszą. Będą szczęśliwi, że w końcu pozbyli się balastu, jaki ich ograniczał. Tolerują cię tylko przez litość.
— Zamknij się! — krzyknął Kaspar, nie mogąc znieść tej tyrady. Kiedy słuchał tych słów, przed oczami stawały mu sceny, kiedy był wyśmiewany w szkole przez kolegów z klasy. — Nie jestem słabiakiem i nie uwierzę ci, że Harry i Martin tak myślą! To prawda, może nigdy nie przykładałem się do nauki, wolałem zabawy niż codzienne wymachiwanie mieczem oraz rzucanie czarów, ale to nie znaczy, że nic nie umiem!
— Ha ha ha! — zaśmiał się Garrik. — Jaką masz pewność, że to, co powiedziałem, jest nieprawdą? Nigdy nie czułeś się w ich towarzystwie jak piąte koło u wozu? Odpuść sobie, poddaj się i uciekaj przede mną, a być może daruję ci życie.
— Mylisz się — oświadczył Kaspar. — Martin i Harry zdawali sobie sprawę, że mam dość siły, aby stawić ci czoła. Właśnie dlatego zostawili mnie i pozwolili mi się tobą zająć. Wiedzieli, że dam sobie radę. A ty przestań porównywać ich do tamtej dwójki! — Kaspar nie zauważył, że podniósł głos. Jego złość na Garrika była tak silna, że cały drżał. — To, że twoi towarzysze myślą tak o tobie, nie oznacza, że pozwolę ci tak mówić o innych! Zapłacisz za wszystko, co tu dzisiaj powiedziałeś! Rozwalę cię!
Chłopak podniósł się z kolan i rzucił na siebie zaklęcie kameleona. Garrik zaśmiał się i pokręcił głową z politowaniem. Niewidzialny Kaspar okrążył przeciwnika i ruszył na niego, chcąc jednym ciosem zakończyć całą walkę. Ale jak tylko klinga miecza dotknęła karku mężczyzny, poczuł ostry ból w ręce i dziwne chrupnięcie. Ostra stal broni wygięła się. Garrik błyskawicznie się odwrócił i złapał Kaspara za gardło. Podniósł go do góry. Zaklęcie kameleona przestało działać, a Burrows wierzgał się w silnym uścisku przeciwnika, walcząc o odrobinę powietrza. 
Mężczyzna potrząsnął nim jak szmacianą lalką i wybuchnął rechotem szaleńca. Zwolnił nieco uścisk, tak że chłopak z ulgą poczuł, jak powietrze wypełnia mu płuca. Garrik tymczasem rzekł:
— Twój żałosny mieczyk nic mi nie zrobi. Nawet najostrzejsza stal pęka w zetknięciu z moim ciałem. Kiedy słabeusz taki jak ty spotyka kogoś tak silnego jak ja, to koniec jest tylko jeden.
Garrik ponownie ścisnął go za gardło. Kaspar rozpaczliwie się wierzgał, ale ręka była zaciśnięta na jego gardle jak imadło. Zaczynało kręcić mu się w głowie, a twarz mężczyzny była coraz bardziej zamazana. Wydawało mu się, że czuje, jak lodowate palce łapią go za ramię. Zdawał sobie sprawę, że już po nim. Mimo że żadna siła nie mogłaby zmusić Garrika do poluzowania uścisku, to nie zamierzał się poddać. Wierzgał się, gryzł, kopał i drapał w nadziei, że to przyniesie jakikolwiek skutek. Na próżno.
Nagle, jakby we śnie, zobaczył niską kobietę. Włosy w kolorze zboża z pojawiającymi się gdzieniegdzie ciemnymi pasemkami były starannie ułożone i zadbane. Kaspar natychmiast ją rozpoznał. To była jego matka. Wlepiała w niego błękitne oczy, w których widniały wesołe błyski. Zawsze tak na niego patrzyła, gdy coś mu się udało i była z niego dumna. Ostatnim razem widział to spojrzenie, gdy jeden z członków Salamandry zjawił się u niego w domu z propozycją dołączenia do organizacji. Zgodził się od razu, a panią Burrows rozpierała duma, że ma tak wspaniałego syna.
W jednej chwili serce Kaspara ścisnął ogromny żal. Zdał sobie sprawę, że jeżeli tu umrze, to jego matka straci ostatnią bliską osobę. Doskonale pamiętał, jak popadła w ciężką depresję po śmierci ojca. Tylko jego pomoc i opiekuńczość pozwoliły jej w końcu stanąć na nogi. Kaspar wiedział, że wtedy jego matka rozmyślała nawet o samobójstwie, ale myśl, że mogłaby całkowicie osierocić swoje jedyne dziecko, powstrzymała ją od tego czynu. Chłopak nigdy nie zapomniał dreszczu strachu, gdy przy pomocy legilimencji, zobaczył w umyśle matki linę z pętelką zawieszoną na suficie. Przypomniał sobie również, jak bardzo się wtedy wstydził, kiedy uświadomił sobie, że drastycznie naruszył prywatność swojej rodzicielki. Nie pomogły tłumaczenia, że wtedy ćwiczył to zaklęcie w domu z polecenia Karrypto i chciał sprawdzić, czy opanował je już na tyle, by ze zwierząt przerzucić się na ludzi, a jedyną dostępną osobą była pani Burrows. Przez kilka dni nie był w stanie spojrzeć jej w oczy.
W jego umyśle pojawiła się kolejna scena. Blada i zapłakana matka stojąca nad grobem swojego syna.  Rozpacz na jej twarzy była tak ogromna, że Kasparowi poleciały łzy. Potrząsnął głową i wyrzucił z głowy natarczywe obrazy. Gwałtownie otworzył półprzymknięte oczy i ostatkiem sił podniósł ręce. Nie umrze tu. Nie zrobi jej tego, nie pozwoli, by przez niego cierpiała.
Złapał duszącego go mężczyznę za twarz i wsadził mu kciuki prosto w oczy. Garrik wrzasnął i zacisnął powieki. Kaspar napierał palcami coraz mocniej, aż w końcu olbrzym puścił go i zaczął przecierać gałki oczne. Uwolniony chłopak krztusił się, łapczywie nabierając powietrza. Nie ociągając się, wstał i odwrócił w kierunku przeciwnika, który patrzył na niego spod przymrużonych oczu. Na twarzy Garrika malowała się wściekłość. Krzyknął do Kaspara:
— Ty draniu! Wyświadcz mi tę przysługę i zdechnij wreszcie!
Nie czekając na to, aż zaatakuje go pierwszy, Kaspar przystąpił do kontrataku. Z niewyobrażalną szybkością uniósł różdżkę, wykorzystując fakt, że mężczyzna jest na wpół oślepiony, przez co nie może już unikać jego zaklęć tak precyzyjnie, jak przedtem.
Oleunadis — szepnął.
W kierunku Garrika poleciał strumień ciemnej i kleistej cieczy. Rywal Kaspara uskoczył, ale zrobił to zbyt wolno, w wyniku czego substancja pokryła prawą część jego twarzy i torsu.
— Trudno, będzie musiało wystarczyć — mruknął do siebie  i ponownie wycelował w Garrika. — Mam nadzieję, że lubisz gorące klimaty, przeklęty charłaku! Incendio!
W jednej chwili twarz i tors Garrika stanęły w płomieniach. Ogień wystrzelił w górę, paląc skórę i ubranie osiłka. Potężny wrzask olbrzyma poderwał do lotu nawet ptaki siedzące spokojnie w konarach drzew rosnących w pobliskim lesie. Walczył z płomieniami trawiącymi jego ciało, miotając się jak zwierzę w potrzasku. Wykrzykiwał przekleństwa pod adresem chłopaka i desperacko uderzał się dłońmi po głowie, licząc, że to pomoże.
Gdy płomień zgasł, swąd spalonej skóry rozniósł się po całym terenie.
Knifus — powiedział, celując różdżką w klęczącego Garrika.
Jednak pędzące noże nie zdołały przebić jego skóry. Garrik spojrzał na Kaspara.
— Ty głupcze — powiedział morderczym tonem. — Mówiłem ci, że to nic nie da. Tylko ktoś równie silny jak ja miałby szansę przebić mnie mieczem lub nożem.
Garrik podniósł się z kolan. Na jego twarzy wciąż pojawiały się grymasy bólu. Prawa ręka spoczywała bezwładnie wzdłuż jego tułowia. Uniósł lewą dłoń i pomacał się po spalonej połowie twarzy.
— Zapłacisz za to, co mi zrobiłeś. Nie umrzesz bezboleśnie. Gdy już cię złapię, bardzo powoli będę rozrywał cię na pół, delektując się twoimi krzykami. Ból będzie tak silny, że po pewnym czasie będziesz błagał mnie o litość.
Mężczyzna zrobił krok naprzód. Im dłużej szedł, tym bardziej cierpienie wykrzywiało mu twarz. Ruszał się jeszcze kilka sekund, chcąc przyzwyczaić się do bólu. Wiedział, że jest osłabiony. Została mu tylko jedna zdrowa ręka i obie nogi. Poza tym Kaspar miał tę przewagę, że mógł używać czarów. Lecz Garrik spostrzegł, że chłopak również ledwo trzyma się na nogach. Rana na brzuchu, którą zrobił mu wcześniej, coraz bardziej dawała o sobie znać. Mężczyzna zebrał całą swoją siłę w lewej dłoni i zacisnął pięść. Wiedział, że kolejny atak będzie decydujący.
Kaspar czuł się coraz słabiej. Zdawał sobie sprawę, że stracił dużo krwi, ale nie miał czasu, by opatrzyć ranę. Obraz lekko mu się zamazywał, więc z całych sił walczył, aby nie osunąć się na ziemię. Musiał szybko coś wymyślić, ponieważ sytuacja była nieciekawa. Obserwował przeciwnika, starając się przeanalizować wszystkie opcje. Mimo poważnych obrażeń, Garrik wciąż miał wielkie pokłady siły. Kaspara najbardziej irytował fakt, że jego zaklęcia oraz broń są całkowicie bezużyteczne. Nie miał zielonego pojęcia, co zrobić. "Gdybym chociaż dorównywał mu siłą", pomyślał.
Nagle w jego głowie zapaliła się lampka. Przypomniał sobie, co niedawno powiedział mu mężczyzna. Równocześnie zaczął układać plan działania. Ryzykowny jak diabli, ale chłopak wiedział, że to jedyna deska ratunku. "Nie mogę tego schrzanić. Będę miał tylko jedno podejście", powiedział sobie w duchu. Potrząsnął głową, aby odgonić mroczki sprzed oczu oraz wziął głęboki wdech, by opanować drżenie ciała. Wpatrywał się w Garrika, czekając na jego ruch.
Obaj stali naprzeciwko siebie poranieni, wycieńczeni i zdeterminowani. Każdypragnął śmierci drugiego. Na półkach skalnych wokół nich zasiadła chmara kruków. Wyglądało na to, że ptaki wyczuły, iż niedługo jeden z nich posłuży im za obiad. Czujnie wlepiały wzrok w dwójkę ludzi. Gdyby mogły, zapewne obstawiałyby, kto wygra. Minuty wlokły się niemiłosiernie. Nagle wszystkie zakrakały, jakby zniecierpliwione przedłużającą się chwilą. Domagały się pokarmu i chciały dostać go natychmiast.
Garrik nie mógł już znieść tego czekania. Uniósł zdrową rękę i ryknął do Kaspara:
— Giń, gówniarzu!
Wystrzelił jak z procy i zaszarżował w kierunku chłopaka niczym rozjuszony byk. Kaspar również pobiegł w jego stronę. Dystans między nimi malał w zastraszającym tempie, lecz oni nie zwracali na to uwagi. Kruki zakrakały jeszcze głośniej, podniecone tą sceną. Będąc na odpowiednim dystansie, Garrik uniósł dłoń do góry. Równocześnie Kaspar wycelował różdżką w ziemię, tworząc długi pas lodu. W momencie, gdy pięść mężczyzny opadała na miejsce, gdzie zaraz miał pojawić się Kaspar, chłopak wskoczył na lód, ugiął nogi i zaczął się ślizgać. Kiedy był dokładnie pod uniesioną ręką Garrika, machnął różdżką, a gruba lina owinęła się wokół nadgarstka przeciwnika. Złapał za drugi koniec i prześlizgnął się obok niego, znajdując się za jego plecami. Jak tylko poczuł, że sznur naprężył się do granic możliwości, szarpnął nim z całej siły.
Kaspar wstał z kolan i odwrócił się w stronę mężczyzny. Ten stał nieruchomo, odwrócony do niego plecami. Puścił linę i patrzył, lecz jego rywal nie wykonał żadnego ruchu. Przypominał posąg, który nagle pojawił się w samym środku górskiej przełęczy. Na wszelki wypadek różdżka Burrowsa znów skierowała się w stronę przeciwnika. Nagle ciało Garrika zaczęło drżeć. Olbrzym pochylił głowę i wypluł na ziemię coś czerwonego. Kaspar uśmiechnął się z zadowoleniem, domyślając się, że jego plan się powiódł. Ostrożnie obszedł Garrika i stanął przed nim.
Jego przeciwnik wpatrywał się z niedowierzaniem w swoją dłoń, która była głęboko wbita w prawe płuco. Ostrze na rękawicy całkowicie zniknęło w ranie mężczyzny. Ten zdawał się nie do końca rozumieć, co właściwie się stało. Nagle nadął policzki, jakby zbierało mu się na wymioty. Pochylił się, a z jego ust znowu poleciał strumień krwi. Przeniósł wzrok na Kaspara i z szokiem w głosie wykrztusił:
— Jak ty...?
— Przyznaję, że siłę masz ogromną, ale mózg niewielki — odpowiedział chłopak. — Za dużo gadasz. W zasadzie sam powiedziałeś mi, jak cię pokonać. Pamiętasz swoje niedawne słowa? "Tylko ktoś równie silny, jak ja, miałby szansę przebić mnie mieczem lub nożem". Na początku nie zwróciłem na to uwagi, ale później coś mnie tknęło. Skoro aby zranić cię w jakikolwiek sposób, trzeba być tak przypakowanym jak ty, to równie dobrze sam możesz się okaleczyć. To był cholernie ryzykowny plan. Twoja dłoń mogła nie trafić w ważne organy, więc istniało ryzyko, że tylko bardziej się poharatasz. Ale jak widać udało się. Z tego co widzę, to przebiłeś sobie płuco.
Garrik jeszcze raz wypluł krew z ust i osunął się na kolana. Z każdą sekundą bladł coraz bardziej. Spojrzał na Kaspara oczami przepełnionymi nienawiścią.
— Draniu — wycharczał. Widać było, że mówi z coraz większym trudem. — Nie patrz na mnie z tym triumfem w oczach. To jeszcze nie koniec, słyszysz? Taki słabeusz jak ty... nie może... mnie...
Nie zdołał dokończyć. W oczach Garrika pojawiła się pustka, jego twarz zastygła z półotwartymi ustami, a ciało przestało drżeć. Mężczyzna runął na ziemię tuż u stóp Kaspara.
Chłopak odwrócił się od martwego wroga i ostatkiem sił poczłapał do skalnej ściany. Usiadł pod nią, plecami opierając się o zimny kamień. "Wygrałem", pomyślał z zadowoleniem. Zaraz potem skrzywił się i spojrzał na brzuch. Zaklął cicho. Nie miał już sił na opatrzenie rany.
— Martin, Harry — szepnął do siebie. — Wszystko w waszych rękach.
Próbował jeszcze zachować świadomość, lecz ciemność coraz bardziej go pochłaniała. W końcu jego zmysły przestały rejestrować cokolwiek. Zanim stracił przytomność, zobaczył jeszcze czarnego kruka, który usiadł na głowie Garrika.