niedziela, 26 listopada 2017

Rozdział 25 "Obosieczna broń"


Na początek przepraszam za to dwumiesięczne opóźnienie, ale moja dotychczasowa beta przez jakiś czas nie może sprawdzać tekstów, więc byłem zmuszony znaleźć kogoś innego plus jeszcze wprowadzanie poprawek i zeszło ile zeszło. Ale już wszystko jest pod kontrolą, więc powracam z nowym rozdziałem :) Miłego czytania!

Rozdział zbetowany przez: Noelia Cotto

________________________________________


— Wszyscy do głównej bramy! Przełamali nasze zaklęcia! Uważać też na ataki z góry! — Karrypto wrzeszczał, wydając polecenia swoim podwładnym i uchylając się przed urokami.
Szturm na siedzibę Salamandry trwał już od kilku godzin. Blisko setka czarodziejów w purpurowych maskach i brunatnych płaszczach próbowała dostać się do środka. Ciskali klątwami, próbując przełamać ochronne czary, będące dziełem trójki mistrzów. Wreszcie dopięli swego i od członków bractwa Salamandry, znajdujących się na murach i dziedzińcu, dzieliły ich tylko olbrzymie, metalowe wrota.
Jednak Karrypto i jego ludzie nie mieli najmniejszego zamiaru się poddać. Szybko i sprawnie zmieniali swoje ustawienia, pomagali towarzyszom, którzy potrzebowali wsparcia oraz skutecznie strzegli bramy, nie pozwalając wrogom za bardzo się do niej zbliżyć.
Równocześnie Dartan i jego oddział odpierali ataki z powietrza. Część wrogów, zdając sobie sprawę, że wyważenie wrót będzie dużym problemem, dosiadła mioteł oraz okropnych stworzeń, które z wyglądu przypominały sępy. Były jednak większe i znacznie bardziej wychudzone. Dartan machnął różdżką, tworząc silny podmuch wiatru, który strącił kilku przeciwników, ale musiał uskoczyć przed czarem wybuchającym. Odwrócił się i krzyknął do jednego ze swoich ludzi:
— Carlos, napraw to, co zniszczył wybuch, bo zaraz stąd spadniemy! A wy dwaj go osłaniajcie!
Nagle jeden z sępów ułożył skrzydła wzdłuż tułowia i wystrzelił w ich kierunku niczym pocisk. Wbił ostry szpon w brzuch młodej dziewczyny i ponownie poderwał się w górę.
— Zanieście ją do Meredith! — krzyknął Dartan, patrząc na zwijającą się z bólu kobietę.
Następnie ponownie włączył się w wir walki, precyzyjnie zabijając kolejne stwory, łącznie z ich pasażerami.
***
Meredith miała pełne ręce roboty. Uwijała się przy rannych, z wprawą opatrując ich obrażenia. Właśnie kończyła bandażować jakiemuś brunetowi kikut lewej ręki, gdy weszło dwóch chłopaków, niosących pod rękę dziewczynę z głęboką raną brzucha.
— Jeden z tych latających stworów przebił jej brzuch — wysapał jeden z nich, zanim mistrzyni zdążyła zapytać, co się stało. — Mistrz Dartan kazał nam ją przyprowadzić. Mówił też, że potrzebuje więcej ludzi na zachodniej wieży.
— Rozumiem. — Meredith kiwnęła głową. — Ci, którzy leżą na łóżkach najbliżej wejścia, mogą brać udział w bitwie.
Skinęli głowami i opuścili pomieszczenie, zabierając dwóch kolegów. Meredith przetarła oczy i zabrała się za opatrywanie rannej dziewczyny.
***
Karrypto machnął różdżką i wzmocnił wytrzymałość wrót na dziedziniec. Wrogowie z każdą chwilą coraz zacieklej próbowali dostać się do środka. Wiedział, że prędzej czy później będą zmuszeni do wycofania się. Nagle rozległ  się głośny huk i usłyszał, jak kilkoro z jego podopiecznych szpetnie zaklęło. Wdrapał się po schodach na mury i zobaczył, co tak zdenerwowało innych.
Tuż przed bramą stały trzy trolle. Wielkimi maczugami uderzały we wrota, które jęczały pod naporem ich siły. Karrypto powiódł wściekłym wzrokiem po członkach Salamandry i krzyknął:
— Jakim cudem podeszły tak blisko?!
— Mistrzu, pojawiły się znikąd! — odkrzyknęła krótkowłosa kobieta, która przed chwilą wysłała na tamten świat grupkę wrogów. — Widzieliśmy tylko gęsty dym, a gdy opadł, one już tu stały!
— Ktoś musiał ich tu teleportować! — dodał niski brunet z zasłoniętym okiem. Zawahał się na chwilę, a potem dodał. — Ta brama długo nie wytrzyma! Nie zdołamy jej obronić, jest ich za dużo!
Karrypto spojrzał na dół i na równinach rozciągających się przed zamkiem zobaczył chmarę nieprzyjaciół. Wyglądali jak rój owadów, który zostawia za sobą jedynie zgliszcza i śmierć. Z oddali, nad Dębową Doliną, dostrzegł czarny dym. Najeźdźcy z przerażającymi okrzykami ciskali klątwami w każdego, kto nie był jednym z nich i stopniowo posuwali się naprzód. Trolle coraz mocniej uderzały maczugami, aż w końcu jedna z nich przebiła się przez wrota. Karrypto zdał sobie sprawę, że nie udało im się powstrzymać wrogów przed wejściem do zamku. Przyłożył różdżkę do gardła i krzyknął:
— Wycofać się! Wszyscy na drugi poziom! Ruchy!
Obrońcy zaczęli schodzić z murów w pośpiechu, potrącając swoich towarzyszy. Tymczasem brama została już doszczętnie zniszczona, a postacie w brunatnych szatach zalały kamienny dziedziniec. Obrońcy padali jak muchy, przytłoczeni przewagą liczebną wroga. Karrypto wyjął miecz i przeciął nim powietrze, sprawiając, że szkarłatna klinga rozbłysła i zapłonęła ogniem. Zamachnął się, a ognista fala przetoczyła się po dziedzińcu, podpalając przeciwników, co dało obrońcom czas, aby bezpiecznie skryć się za kolejnymi wrotami. Karrypto natychmiast nałożył na nie ochronne zaklęcia i wdrapał się na górę.
Razem z innymi ciskał klątwami w biegnących przeciwników. Trolle zaryczały potężnie i pognały przed siebie, roztrącając swoich sojuszników, a obserwujący to wszystko Karrypto odwrócił się i krzyknął:
— Skupcie się na trollach! Nie mogą dostać się w pobliże bramy! Ja zajmę się pozostałymi!
Po tych słowach ponownie machnął mieczem i znów ogień dosięgnął kilku agresorów.
***
Harry i Martin biegli przez przełęcz, łapiąc się pod boki. Obaj dyszeli jak lokomotywy, lecz ani na moment nie zwalniali, aż wreszcie zauważyli, że góry zaczynają się kończyć. Kiedy minęli ostatni zakręt, zorientowali się, że ścieżka, po której się poruszali, nagle się urwała. Mieli przed sobą cichą i spokojną łąkę, na której rosła zielona trawa sięgająca im do kolan. Gdzieniegdzie znajdowały się kolorowe kwiaty, czasem dało się słyszeć brzęczenie pszczół, a nad ich głowami pojawiły się motyle. Mimo że był środek jesieni, to wszystko wyglądało tutaj tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu i oddał ten skrawek ziemi pod wieczne panowanie wiosny.
Chłopcy nie mieli czasu podziwiać tego bajkowego krajobrazu, więc Martin szybko wyjął mapę i uważnie na nią patrzył. Po chwili schował ją i rzekł:
— Za tą łąką znajduje się Dolina Jezior. Musimy przez nią przejść, a potem lekko skręcić na zachód. Odsapnijmy ze dwie minutki i ruszajmy dalej.
— Jak myślisz, co z Kasparem? — zapytał Harry z niepokojem, spoglądając na ścieżkę, która wiodła między góry.
— Jestem pewien, że właśnie daje im w kość oraz wścieka się, że tego nie widzimy — zaśmiał się Martin, siadając na ziemi i wyciągając z kieszeni dwa jabłka.
— Uważam, że powinniśmy wrócić i mu pomóc — oświadczył Harry, łapiąc owoc rzucony przez kolegę.
— Gdybyśmy wrócili, to zamiast być nam wdzięczny obraziłby się, że kradniemy mu show. — Martin lekko się zaśmiał. — Nic mu nie będzie. Nie zostawiałbym go, gdybym nie był w stu procentach pewny, że sobie poradzi. Jeśli nawet nie będzie w stanie ich pokonać, to jest dość silny, aby ich zatrzymać, dopóki się stąd nie wydostaniemy i nie sprowadzimy pomocy.
Harry kiwnął głową, ale nie był do końca przekonany. W tym momencie był rozdarty, ponieważ chciał pomóc koledze, lecz równocześnie nie zamierzał zostawiać Martina samego. Westchnął i zaczął sobie wyrzucać, że kompletnie zaniedbał naukę zaklęcia klonowania. Gdyby tego nie zrobił, mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ze smętną miną gryzł jabłko, patrząc przed siebie.
Po zjedzeniu owocu ruszyli w dalszą drogę. Byli mniej więcej na środku łąki, gdy usłyszeli głośny huk dochodzący z gór, po którym obejrzeli się z niepokojem.
— Wygląda na to, że nieźle się tam bawią.
Niedługo potem zauważyli, że ziemia, po której stąpali robi się wilgotna, a gdzieniegdzie znajdują się malutkie stawiki. Harry dostrzegł dwie żaby, które wskoczyły do wody. Martin spojrzał na Pottera i rzekł:
— Jesteśmy w Dolinie Jezior. W zasadzie jest tu tylko jedno wielkie jezioro, na którym znajduje się kilkanaście malutkich wysepek. Czeka nas długa droga, po małym moście o wątpliwej stabilności.
     Bez zastanowienia wkroczyli na pomost i ruszyli na drugą stronę zbiornika wodnego. Czas mijał nieubłaganie, a oni mieli wrażenie, że wcale nie przybliżają się do swojego celu. Dodatkowo deski na kładce w niektórych miejscach były zupełnie spróchniałe i nieuważne stanięcie na którejkolwiek z nich, skutkowałoby natychmiastową kąpielą w jeziorze. Wreszcie po upływie dobrych kilkunastu minut, Harry i Martin znaleźli się na jednej z wysepek i wkroczyli między gęsto rosnące drzewa. Powietrze stało się cięższe, tak że z trudem łapali oddech. Nagle roślinność zaczęła się przerzedzać, a oni znaleźli się na małej plaży, za którą czekała na nich kolejna kładka.
— Wiesz co? — odezwał się nagle Harry. — Mam wrażenie, jakbym przechodził z jednego świata do drugiego.
— O tak, to miejsce ma dość oryginalną topografię — przytaknął Martin. — Najpierw las, potem góry, następnie łąka, a teraz jezioro z wysepkami, na których znajduje się dżungla. Gdyby nie było tu tych krwiożerczych świrów oraz pułapek, byłby to interesujący szlak turystyczny.
— Musieliby najpierw dorobić budki z hot-dogami, lodami i napojami — dodał Harry.
— A na końcu trasy znajdowałby się wielki kilkunastopiętrowy hotel, w którym strudzeni wędrowcy odpoczęliby po takiej tułaczce. — Martin zaśmiał się. — Następnego dnia czekałby pociąg, który zabrałby ich do domów.
— A w ich miejsce przyszliby następni — podjął Harry. — I tak przez kilkanaście lat.
— Albo i dłużej — rzekł Martin. — Wiesz co? Gdybym miał górę pieniędzy, to w przyszłości mógłbym tu osiąść na stałe. Bądź co bądź, podoba mi się ta okolica, jeziorko, plaża, w pobliżu góry i lasy. Wystarczyłoby znaleźć jakieś miejsce, w którym mógłbym postawić dom.
— Nie wiem, czy pamiętasz, ale przed sobą mamy jeszcze ruiny zamku.
— Własny zamek? To by było coś. Hrabia Martin I.
 Pochłonięci rozmową nie zauważyli, jak doszli do przeciwległego brzegu. Zeskoczyli z pomostu i udali się małą, kamienną ścieżką, aż nagle stanęli przed zardzewiałym ogrodzeniem. Pchnęli metalową bramę, która zaskrzypiała tak mocno, że Harry i Martin aż się skrzywili.
— To droga do ruin — oświadczył Martin. — Za nimi znajduje się przejście, które wiedzie wprost na cmentarz. Jesteśmy już blisko.
— No to w drogę — powiedział Harry i ruszył naprzód.
Nagle nad jego głową przeleciał zielony promień. Potter odwrócił się błyskawicznie z różdżką w dłoni. Zamarł, gdy zobaczył znanych przeciwników, a równocześnie przez jego głowę natychmiast przemknęła myśl, że Kaspar nie dał rady. Martin musiał myśleć podobnie, gdyż momentalnie zbladł i zacisnął pięści, mamrotając coś pod nosem.
Tymczasem czarodziej z zasłoniętymi oczami zacmokał i oblizał wargi. Harry poczuł, jak zbiera mu się na wymioty. Sanguis powiedział cichym głosem:
— Czy wy naprawdę myśleliście, a raczej, czy rzeczywiście byliście tacy naiwni, aby sądzić, że byle dzieciak będzie w stanie nas powstrzymać?
— Co mu zrobiliście?! — warknął Harry, czując wściekłość, która zastąpiła niedawny strach.
— My nic — odparł Błysk, podrzucając kamyk do góry. — Ale Garrik na pewno zrobił już z niego krwawą miazgę.
— Powyrywał kończyny — dodał Sanguis.
— Rozpruł brzuch.
— Wyrwał flaki.
— A teraz czeka was dokładnie to samo — skończył Błysk.
Nie czekając na odpowiedź Harry'ego i Martina, rzucił w ich kierunku pierwszą klątwę. Dotąd spokojne miejsce zamieniło się w wielką arenę, na której walczyła czwórka czarodziejów. Młodzieniec ciskał w nich małymi naelektryzowanymi kulkami, a w międzyczasie jego partner stopniowo zmniejszał dystans dzielący go od Harry'ego i Martina. Będąc tuż przy nich, wyjął oręż i zamachnął się, lecz Martin szybko sparował cios, pozwalając Harry'emu zająć się Błyskiem. Wybraniec atakował zaklęciami przeciwnika, z każdą sekundą czując coraz większe podniecenie tą sytuacją. Niestety różnica między Harrym i Błyskiem była taka, że ten drugi prezentował znacznie wyższy poziom i znał o wiele więcej zaklęć. Potter ograniczał się tylko do Drętwoty i Expelliarmusa, czasami dodając czary, których nauczył się z Aidanem. Martin nie był ani trochę zdziwiony, kiedy Wybraniec już po raz któryś zbierał się z ziemi, a Błysk cierpliwie czekał na dalszy ciąg.
Martin nie miał za złe Harry'emu, że ten sobie nie radzi. Sam miał trudności z Sanguisem, który był znacznie odważniejszy od niego, jeżeli chodzi o stosowanie czarnomagicznych uroków, ale Frillock szybko się zorientował, że w walce bronią białą jego przeciwnik jest wyraźnie słabszy. Poza tym, on uczył się u Salamandry już kilkanaście miesięcy, podczas gdy Harry jedynie dwa, więc logicznym był fakt, że z nich dwóch to Martin ma jakiekolwiek szanse w starciu z wrogami, toteż gestem pokazał Harry'emu, aby do niego dołączył.
Kiedy Potter się zbliżył, chłopak bez owijania w bawełnę powiedział:
— Zajmę się nimi, a ty biegnij dalej.
— Nie chcę nawet o tym słyszeć — żachnął się Harry i już miał odsunąć się od Martina, ale ten zatrzymał go.
— To nie była prośba, Harry. Albo pójdziesz dalej po dobroci, albo zmuszę cię do tego siłą.
Martin był zaskoczony swoimi słowami, ale zdawał sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia, ponieważ uparty charakter Pottera nigdy nie pozwoliłby mu zgodzić się na jego propozycję. Odpowiedź Harry'ego była taka, jakiej się spodziewał.
— Tak? No to spróbuj.
Harry oddalił się od Martina, lecz wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego. Nad Sanguisem i Błyskiem wyrosło coś na kształt ogromnej bańki mydlanej. Wszelkie zaklęcia odbijały się od niej, rykoszetem uderzając w ziemię, kamienie i pobliskie drzewa.
— Co to jest? — zapytał Harry, obserwując wściekłych przeciwników, którzy usiłowali się wydostać.
— To coś na kształt magicznej bariery, trzymającej w zamknięciu uwięzionych w niej ludzi. W żaden sposób nie można jej zniszczyć. Dartan mnie tego nauczył.
— Świetne! — wykrzyknął Harry.
— Nie ciesz się zbytnio — zgasił go Martin. — Udaje mi się ją stworzyć jedynie na dwie minuty, ale to dość czasu.
— Dość czasu na co?
— Na to.
Zanim Harry zdążył się zorientować, Martin otworzył metalową bramę, zaklęciem wepchnął za nią Pottera, a następnie zamknął wrota. Wściekły Harry próbował ją otworzyć, lecz nic z tego nie wyszło. Martin odwrócił się i powiedział:
— Nie marnuj czasu, tylko biegnij dalej.
— Nie daruję ci tego! — wrzasnął Potter, ciągle walcząc z bramą.
— Wiem, ale sam z siebie nigdy byś nie odpuścił. Swoją wściekłość wyładujesz na mnie później, a teraz idź!
Odwrócił się od Harry'ego i skupił wzrok na znikającej barierze. Nie przejmował się okrzykami przyjaciela, ponieważ wiedział, że ten prędzej czy później zrozumie, iż to bezcelowe i ruszy w dalszą drogę. Martin liczył w duchu, że Potter szybko pójdzie po rozum do głowy i nie będzie stał tam jak kołek, czekając na rozwój wypadków. Wreszcie wściekły Harry kopnął bramę i rzucając epitetami w stronę Martina, zrezygnowany pobiegł dalej.
Tymczasem Sanguis i Błysk znów byli wolni. Przeciwnicy wpatrywali się w Martina, a potem Sanguis odezwał się zachrypniętym głosem do swojego towarzysza:
— Zajmę się nim, a ty biegnij za Potterem.
— Dasz sobie radę? — zapytał Błysk.
Sanguis spojrzał na niego jak na kretyna.
— Oczywiście, że tak, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
— Dobra, dobra. — Błysk uniósł ręce do góry w obronnym geście i ruszył w kierunku metalowej bramy.
— Nie pozwolę ci! — krzyknął Martin.
Chciał zagrodzić młodzieńcowi drogę, ale mężczyzna chwycił go za szatę i popchnął na ziemię. Stanął tak, że swoim ciałem zagradzał przejście, którym przed chwilą pobiegł Harry. Błysk jeszcze raz spojrzał na Sanguisa, lecz słysząc jego naglący ton, wzruszył ramionami i ruszył śladem Pottera. Rzucił coś za bramę i już był po drugiej stronie. Martin nie miał pojęcia, jak tego dokonał, ale nie rozmyślał nad tym długo i całą swoją uwagę skupił na Sanguisie, który wyciągnął różdżkę i rzekł do niego:
— Zostawmy ich samych. Ty będziesz walczył ze mną.
Martin spojrzał na przeciwnika i powolnym ruchem dobył broni, w drugiej ręce trzymając różdżkę. Okrążali siebie nawzajem, starając się znaleźć swoje słabe punkty. Sanguis nie odzywał się ani słowem, ale również nie wyglądał na zbyt przejętego, tak jakby ta walka była dla niego czystą formalnością i doskonale wiedział, jak to się skończy. Strzepnął ze swojej szaty jakiś urojony pyłek i ruszył na Martina.
Ten blokował mieczem jego ataki, starając się wyprowadzić skuteczną kontrę, lecz mężczyzna był szybki, ale równocześnie było widać, że nie ma wprawy w walce bronią białą. Zazwyczaj uderzał na oślep, licząc na to, że zimna stal zetknie się ze skórą Martina. Uczeń Salamandry skutecznie się bronił, aż w końcu Sanguis popełnił błąd, kiedy za bardzo odsłonił swój prawy bok. Martin natychmiast to wykorzystał i już po chwili jego wróg przyciskał jedną rękę do biodra. Sanguis spojrzał na Martina i powiedział:
— Nieźle dzieciaku, ale zdajesz sobie sprawę, że to za mało? Tak czy inaczej należą ci się gratulacje. Osoby, którym udało się mnie zranić można policzyć na palcach jednej ręki. No cóż, wygląda na to, że teraz moja kolej.
Sanguis wystrzelił jak z procy i ponownie zamachnął się mieczem. Martin podniósł swoją broń do góry i po chwili dwie klingi brzęknęły o siebie. Chłopak przejechał ostrzem po klindze przeciwnika i próbował zaatakować od dołu, lecz Sanguis szybko podskoczył, unikając zranienia w nogi.
— To było nie fair — powiedział do Martina. — Skoro chcesz walczyć nieczysto, to bardzo proszę.
Ponowna próba uderzenia i kolejne zablokowanie ataku. Sanguis obrócił się na pięcie i zręcznym chwytem pozbawił Martina broni. Chwilę później jego pięść wylądowała na nosie Martina, który poczuł jak jego twarz zalewa gorąca ciecz. Sanguis wymienił jeszcze kilka ciosów, a na koniec mocnym kopniakiem posłał go na ziemię. Korzystając z okazji, kiedy Martin wstawał i ocierał twarz, rzekł:
— Nie rozumiem, dlaczego tak uparcie chcesz walczyć, skoro w głębi serca zdajesz sobie sprawę, że sprawa jest przegrana.
— Nawet jeśli masz rację, to nie dam ci tej satysfakcji. Jeżeli chcesz mnie zabić, najpierw będziesz musiał trochę się pomęczyć.
— Cóż za waleczność — zakpił Sanguis. — Wiem, jaki jest wasz plan. Jak najszybciej się stąd wydostać i wezwać pomoc. Sądzisz, że takowa się pojawi? Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. Kiedy my tu sobie gawędzimy, wasza piękna siedziba jest niszczona przez naszych ludzi. Jak myślisz, dlaczego zamknięto was w tym miejscu na cały dzień? Naprawdę uważasz, że chodzi o jakąś głupią książkę? Chcieli was odseparować od pola bitwy, ale czcigodny Silvestro przewidział też taki scenariusz. Wysłał mnie, Garrika i Błyska, abyśmy się z wami zabawili, w czasie, kiedy wszyscy nauczyciele będą zajęci obroną zamku. Nie będzie żadnej pomocy, jesteś zdany tylko na siebie. Dzisiaj dokładnie w tym miejscu spojrzysz w oczy samej śmierci.
— Skoro już o tym mówimy — odezwał się Martin, próbując grać na zwłokę i udawać, że słowa Sanguisa w żaden sposób go nie poruszyły. — To jak to możliwe, że zabijasz wzrokiem?
Sanguis patrzył na niego przez dobrą chwilę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Chęć pochwalenia się swoimi mocami walczyła z przekonaniem, że jego przeciwnik nie powinien znać wszystkich umiejętności, jakimi dysponował. W końcu to drugie zwyciężyło.
— Na to pytanie sam będziesz musiał znaleźć odpowiedź — odparł Sanguis. — Może pocieszy cię myśl, że przed śmiercią na pewno zobaczysz, co kryje się pod tym bandażem.
— Domyślam się, co tam jest — odpowiedział Martin. — Ale nie rozumiem, jak to możliwe.
— Czcigodny Silvestro potrafi wiele rzeczy — zdawkowo odparł mężczyzna. — Swoimi boskimi czynami dokonuje czegoś, co na pozór jest niemożliwe. Wiesz co? Znudziła mnie ta rozmowa, jak i twoje towarzystwo. Myślę, że najwyższy czas, abyś pożegnał się z życiem.
Martin zdał sobie sprawę, że to koniec pogaduszek kiedy zobaczył, jak Sanguis biegnie w jego stronę z uniesionym ostrzem. Chłopak przywołał swój miecz zaklęciem i już po chwili ponownie rozpoczęli walkę, w której oboje zadali sobie nieznaczne obrażenia. Wreszcie gdy ich bronie ponownie o siebie uderzyły, Sanguis uśmiechnął się kpiąco i nagle odskoczył od Martina, równocześnie wyciągając różdżkę. Ognisty pocisk poleciał w kierunku chłopaka, który bardzo szybko odpowiedział na atak, wyczarowując strumień wody niwelujący czar Sanguisa.
Martin nie musiał długo czekać na odpowiedź, gdyż w jego stronę natychmiast poleciał błękitny promień. Bez zastanowienia posłał w jego kierunku zaklęcie oszałamiające. Dwa promienie zderzyły się ze sobą z wielkim hukiem. Obaj czarodzieje zebrali wszystkie siły, chcąc odbić czar swojego oponenta. Sanguis uśmiechnął się złośliwie i przerwał czar, równocześnie odskakując w bok, aby uniknąć czerwonej łuny.
Martin poczuł, jak jego ciało odrywa się od ziemi, a on sam zostaje odrzucony na kilkanaście metrów. Następnie mocne zaklęcie cięcia rozcięło mu przedramię, a krew wypływała z rany w zastraszającym tempie. Nie zareagował na to w żaden sposób, bowiem w tej samej chwili po jego ciele rozszedł się okropny ból. Czuł się tak, jakby do żył wlano mu kwas siarkowy, a w skórę wbijano tysiące igieł. Sanguis nie zdradzał żadnych emocji, tylko stał i spokojnie patrzył, jak chłopak zwija się z bólu. Wreszcie przerwał zaklęcie i czekał na kolejny ruch Martina. Widząc, że próbuje wstać, uniósł brwi w niemym zdziwieniu i jeszcze raz rzucił Cruciatusa.
Martinowi zdawało się, że nim ból ustąpił, minęła cała wieczność. Trząsł się i zbierało mu się na wymioty, jednak nadal próbował wstać, ale gdy tylko uniósł się lekko na rękach, znowu został powalony na ziemię. Katusze rozpoczęły się na nowo, lecz tym razem trwały dłużej niż wcześniej. Kiedy wreszcie nadszedł upragniony koniec, uczeń Salamandry przez dłuższy czas leżał nieruchomo i oddychał głęboko, gdy nagle poczuł mocne kopnięcie w twarz. Przeturlał się na plecy i wypluł krew, w myślach stwierdzając, że chyba ma wybitego zęba. Sanguis nie zamierzał na tym poprzestać, uniósł różdżkę i ponownie rzucił zaklęcie torturujące. Cofnął czar, popatrzył na Martina i przemówił z ledwo słyszalną nutką podziwu:
— Dlaczego nadal chcesz walczyć? Czy w twojej sytuacji nie byłoby prościej się poddać?
— Gdybym teraz się poddał, to przez całą wieczność bym sobie tego nie wybaczył. Moi przyjaciele na mnie liczą, więc nie mogę ich zawieść. Taki ktoś jak ty nigdy tego nie zrozumie. Ludzie twojego pokroju dbają tylko o siebie i nie przejmują się tym, że ich towarzysze mogą zginąć. Być może mnie zabijesz, ale przynajmniej umrę z myślą, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, aby cię powstrzymać, a nie wybrałem łatwiejszą drogę jak zwykły tchórz.
Sanguis zmarszczył brwi i powiedział gniewnym głosem:
— W takim razie dopilnuję, abyś już nigdy więcej się nie podniósł.
Nachylił się nad Martinem i zaczął odwiązywać bandaż na oczach. Zanim jednak zdążył go zsunąć, chłopak walnął go pięścią w skroń, przez co mężczyznę zamroczyło i dobrą chwilę klęczał, podpierając się rękoma oraz biorąc głębokie wdechy. Martin w tym czasie wstał i zaczął szukać swojej różdżki. Wciąż obolały po serii zaklęć torturujących dostrzegł ją leżącą tuż obok miecza, w którym zauważył swoje odbicie. Jego twarz była cała brudna, a z licznych rozcięć powoli sączyła się krew. Podbite oko nie poprawiało jego wizerunku, tak samo jak rozcięta warga.
Już miał obrócić się w kierunku mężczyzny, lecz patrząc na swoje odbicie, coś mu przyszło do głowy. Jakaś myśl, która pojawiła się znikąd i uczepiła się jego głowy jak rzep. Szybko zaczął rozważać plusy i minusy tego pomysłu, aż wreszcie kiwnął głową z przebiegłym uśmiechem. Sanguis doszedł do siebie i spojrzał na niego wściekłym wzrokiem, ale on nic sobie z tego nie robił i krzyknął:
— Chcesz mnie zabić?! Najpierw mnie złap!
Odwrócił się i pobiegł przed siebie, zostawiając przeciwnika w tyle. Sanguis najpierw się zdziwił takim obrotem spraw, ale potem jego oczy zwęziły się podejrzliwie, ponieważ uciekający Martin, który jeszcze kilka minut temu był gotowy walczyć do upadłego, obudził w nim niepokój. Nie wiedział, o co mu chodzi i właśnie ta niewiedza go irytowała. Wyglądało na to, że chłopak rzeczywiście chce zwiać, bowiem ani razu się nie obejrzał, by sprawdzić, czy przeciwnik ruszył za nim w pogoń. Wreszcie Sanguis postanowił go ścigać, lecz nie zapomniał o zabezpieczeniu. Szybko schował miecz i różdżkę, a następnie zmienił się w małego węża i ruszył za Martinem. Dzięki temu tamten go nie zauważy, a on będzie mógł obserwować i uderzyć w najmniej spodziewanym momencie.
Martin wciąż gnał naprzód, nie przejmując się Sanguisem. Wiedział, że tamten jest zbyt inteligentny, aby nie zwietrzyć podstępu, ale równocześnie zbyt zawzięty, by pozwolić swojej zwierzynie się wymknąć. Tak czy siak, będzie musiał go ścigać, a to było pierwszą fazą jego planu. Postanowił skrócić sobie drogę, gnając przez gęste zarośla i mając nadzieję, że nie zapomniał drogi do Doliny Jezior.
Po jakimś czasie przed Martinem ukazał się wielki zbiornik wodny, który wcześniej przebył z Harrym. Zatrzymał się na plaży i odwrócił, wypatrując Sanguisa, ale kiedy zobaczył, że nie ma po nim żadnego śladu, zaczął się lekko niepokoić. A co, jeśli jego domysły były błędne i przeciwnik naprawdę nie zamierzał go ścigać? Czujnie rozglądał się na wszystkie strony, gotów, mimo nasilającego się zmęczenia, bronić się przed ewentualnym atakiem. Nie spodziewał się jednak, że takowy nadejdzie z całkowicie innej strony.
Mały wąż obserwował chłopaka, który stał niczym kamienny posąg. Złowieszczo zasyczał, po czym przemieścił się lekko w bok i zagrzebał w piasku. Mozolnie posuwał się naprzód, aż wreszcie był tuż u stóp nieruchomego człowieka. Niepostrzeżenie wślizgnął się po jego szacie na ramiona, odchylił swój maleńką główkę, rozdziawił paszczę i zatopił zęby w jego szyi. Martin syknął i strącił węża ze swoich ramion, a ten zaczął zmieniać kształt, aż wreszcie przybrał postać Sanguisa z triumfem wypisanym na twarzy.
— Nareszcie nadszedł upragniony koniec — westchnął mężczyzna z zadowoleniem. — Już nigdzie mi nie uciekniesz. Jad węża, który jest moją animagiczną formą, najpierw paraliżuje ofiarę, a dopiero później sprowadza śmierć w okrutnych męczarniach. Używam go, kiedy mam ochotę pobawić się trochę ze swoją zwierzyną, zanim wyzionie ducha. Jednakże — dodał, po czym, ku zdziwieniu Martina, lekko skłonił głowę. — Szanuję to, że wytrzymałeś tyle czasu, pojedynkując się ze mną. Jeszcze nikt tego nie dokonał, toteż czeka cię nagroda. W podzięce za interesującą walkę, zapewnię ci szybką śmierć.
Już po raz któryś ściągnął bandaż z oczu i powolnym krokiem zbliżył się do sparaliżowanego chłopaka. Będąc w połowie drogi usłyszał za swoimi plecami głos:
— Twoje słowa mi schlebiają, ale muszę cię rozczarować. Nie wybieram się jeszcze na tamten świat. Relashio!
Ciało Sanguisa oplotły grube łańcuchy. Z zaskoczonym okrzykiem runął na ziemię, jak ścięty pień drzewa. Spojrzał wielkimi, żółtymi oczami na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Martin, ale po chłopaku nie było żadnego śladu. Jedynie mokry piasek wskazywał, że przed chwilą ktoś się tu znajdował. Sanguis natychmiast zorientował się, co jest grane i wyszeptał z ledwo dostrzegalną nutką strachu.
— Replika, ale jak? Kiedy?
— Wtedy, gdy pędziłem przez te zarośla, stworzyłem sobowtóra i schowałem się w gęstych krzakach, a fałszywy ja biegł dalej. Zostałem trochę w tyle i poszedłem okrężną drogą. Muszę przyznać, że mnie rozczarowałeś. Nie sądziłem, że złapiesz się na taką dziecinną sztuczkę. Potem nie pozostało mi nic innego, jak wyczekać na odpowiedni moment i przejąć inicjatywę.
Sanguis poruszył się niespokojnie i próbował się uwolnić, ale łańcuchy były zbyt silne. Pluł sobie w brodę i klął na siebie w myślach, że dał się ponieść chwili i zapomniał o dokładnym przeanalizowaniu sytuacji. Wystarczyła chwila nieuwagi z jego strony, którą przeciwnik wykorzystał i teraz on znajdował się na przegranej pozycji. Zdając sobie sprawę, że nie ma szans, aby uwolnić się siłą, postanowił uderzyć z innej strony.
— I co teraz, tak po prostu mnie zabijesz? Jesteś na to gotowy? Trzeba nie lada odwagi, aby odebrać komuś życie, nawet swojemu wrogowi.
— Wcale nie muszę cię zabijać — odparł Martin, zbliżając się do niego. — Wystarczy, że cię unieszkodliwię. Twoja zdolność zabijania wzrokiem jest bardzo przydatna, ale to obosieczna broń, prawda? Ty też jesteś narażony na jej działanie, gdy spojrzysz na swoje odbicie, dlatego wciąż masz zakryte oczy. A woda w tym miejscu jest bardzo czysta.
Sanguis szarpnął się, kiedy Martin podniósł go za kołnierz i postawił do pionu. Poprowadził go nad brzeg jeziora i podciął nogi. Następnie złapał go za włosy, a potem skierował jego twarz w kierunku wody. Mężczyzna zdążył jeszcze wyjątkowo szpetnie zakląć i w następnej chwili ujrzał swoje odbicie oraz wielkie żółte oczy, które były rozszerzone z przerażenia. Jego ciało wnet znieruchomiało, stając się podobne do kamiennego posągu z na wpół otwartymi ustami.
Martin odetchnął głęboko i puścił spetryfikowane ciało swojego przeciwnika. Następnie oddalił się na kilka kroków i upadł na ziemię wycieńczony i obolały, nie mając siły, aby ruszyć się choćby parę metrów dalej. Mimo wszystko był z siebie zadowolony, ponieważ udało mu się wygrać z o wiele silniejszym przeciwnikiem, a co za tym idzie nie zawiódł swoich przyjaciół. Nagle przypomniał sobie, że Błyskowi udało się podążyć za Harrym i przez krótką chwilę poczuł lekki niepokój. Próbował nawet wstać, lecz przez obrażenia i zmęczenie nie dawał rady choćby podeprzeć się na łokciach. Nie miał innego wyjścia, jak tylko zaufać umiejętnościom Pottera i pozwolić mu samodzielnie uporać się z przeciwnikiem. Zdążył jeszcze zobaczyć przelatującego feniksa, a potem zamknął oczy i pogrążył się w ciemności.