piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 23 "Pierwszy kontakt"



Rozdział został zbetowany przez: black opium.

***

Trójka czarodziejów przedzierała się przez gęste zarośla. Z czujnością rozglądali się dookoła, próbując usłyszeć najmniejszy szmer, ale teren wokół nich był całkowicie opuszczony. Mimo to chłopcy poruszali się bardzo ostrożnie. Gdzieś z oddali dochodziły ich odgłosy walk pomiędzy innymi grupami.
Martin szedł na czele, uważnie obserwując drogę przed sobą. Widać było, że głęboko się nad czymś zastanawia, ponieważ co chwilę marszczył brwi i kręcił głową, mamrocząc coś do siebie. Harry rozglądał się na boki, trzymając w ręku różdżkę, gotowy do obrony w razie ewentualnego ataku. Kilka razy obejrzał się za siebie, dręczony jakimś dziwnym niepokojem. Miał przeczucie, że niedługo stanie się coś niedobrego. Natomiast Kaspar wyglądał na zupełnie nieprzejętego zaistniałą sytuacją. Szedł na końcu, zajadając się zebranymi poziomkami, i nucił coś pod nosem. Ciągle powtarzał, że Harry i Martin są przewrażliwieni, przez co szukają problemów tam, gdzie ich nie ma. Próbował poprawić im humor, lecz kiedy Martin warknął na niego, aby się uspokoił, zaniechał swoich starań.
Cała trójka zmierzała przed siebie powolnym krokiem, wkraczając głębiej w nieznane tereny.
    
***

    W tym samym czasie inna grupa dotarła do drewnianego mostu, przez który można było przejść na drugą stronę głębokiej przepaści. Dziewczyna z czarnymi włosami wyjęła mapę i zaczęła ją studiować. Pozostała dwójka rozglądała się po okolicy, wypatrując śladów obecności pozostałych. Jednak byli tu zupełnie sami, nie licząc kilku zajęcy oraz latających gdzieniegdzie motyli. W końcu czarodziejka schowała mapę i powiedziała:
— Góry są zaraz po drugiej stronie stronie tamtego lasu.— Mówiąc to, wyciągnęła rękę przed siebie. — Nasz jedyny problem polega na tym, że wciąż nie mamy drugiego klucza. Musimy znaleźć innych i spróbować go odebrać.
— To nie powinno stanowić problemu — pewnie oświadczyła drobna blondynka, stojąca po prawej stronie. — Większość z nich to dzieciaki, które dopiero zaczęły treningi. Łatwo pójdzie.
— Mam nadzieję, że się nie mylisz — odpowiedziała jej koleżanka. — Jeff, dlaczego jesteś taki cichy?
— Nie wiem.— Czarnowłosy chłopak z bladą cerą wzruszył ramionami. — Po prostu... Nie umiem tego wyjaśnić, ale mam wrażenie, że nie jesteśmy tutaj sami.
— Widziałeś kogoś? — Blondynka natychmiast uniosła różdżkę i wycelowała ją przed siebie.
— Nie. — Jeff pokręcił głową. — Jednak podświadomie czuję, że przed nami ktoś jest. Słuchaj Jasmine, może pójdziemy inną drogą, co?
— Ta ścieżka jest najkrótsza — zaprotestowała czarnowłosa dziewczyna nazwana Jasmine. — Spójrz, nikogo tam nie ma.

    Jeff nie był do końca przekonany, lecz uległ namowom koleżanki. Cała trójka wstąpiła na most, który głośno zaskrzypiał pod ich ciężarem. Wyglądał, jakby miał się za chwilę zawalić i runąć prosto w głęboką rozpadlinę. Jeff nadal niepewnie stawiał kroki i uważnie wpatrywał się w drzewa przed nimi. Nie wiedział, czy to złudzenie, czy faktycznie dostrzegł za nimi jakieś postacie. Chciał podzielić się tym odkryciem z Amandą, ale ta mocno zaciskała oczy i uporczywie trzymała się liny. Wyglądało na to, że ma lęk wysokości, a przechodzenie przez drewniany most o wątpliwej stabilności tuż nad olbrzymią przepaścią było dla niej wielkim wyzwaniem. Jasmine natomiast pewnie stąpała przed siebie, co chwilę zerkając na mapę, by upewnić się, że na pewno nie pomylą drogi. Nagle, w połowie drogi, Jeff i Jasmine zatrzymali się gwałtownie i wyszarpnęli różdżki. Amanda odważyła się otworzyć oczy, dopiero gdy wpadła niespodziewanie na kolegę z grupy. Znienacka na drugim końcu kładki pojawiły się przed nimi dwie osoby. Nic nie robili, tylko stali i patrzyli na trójkę czarodziejów stojących przed nimi.
    Jeden z nich był potężnie zbudowany. Jego klatka piersiowa była tak szeroka, że Jeff zdziwił się, iż szata, którą miał na sobie, nie pękła pod naporem mięśni. Łysa czaszka pokryta była tatuażami, a małe oczy patrzyły na nich ze złowróżbnym błyskiem. Człowiek, który stał obok niego, był szczupły, a brunatny strój, który nosił, sprawiał wrażenie o wiele na niego za dużego. Miał ściągniętą i pomarszczoną twarz. Uśmiechnął się, odsłaniając pożółkłe i nienaturalnie długie zęby. Oczy miał zasłonięte jedwabnym bandażem, tak że sprawiał wrażenie, jakby był ślepy. Przetłuszczone, rozczochrane i długie czarne włosy pokazywały, że ich właściciel raczej nie poświęca im zbyt dużo uwagi.
    Nie mieli czasu, aby dokładniej przyjrzeć się nieznajomym, ponieważ Jasmine krzyknęła:

— Nie wiem, kim jesteście, ale jak teraz oddacie nam swój klucz, to pozwolimy wam odejść!
— Odbiło ci?! — krzyknął do niej Jeff. — Zobacz, jak oni wyglądają! Od razu widać, że nie są jednymi z uczniów!
— Jeff ma rację — powiedziała Amanda. — Pierwszy raz ich widzę. Jasmine, uciekajmy.

    Jasmine musiała przyznać jej rację. Dwójka nieznajomych wzbudzała w niej dziwny niepokój. Pokiwała głową i trójka czarodziejów odwróciła się z zamiarem ucieczki. Jednak ich plan natychmiast został udaremniony, bowiem za ich plecami stał jeszcze jeden człowiek.
    W przeciwieństwie do tamtej dwójki on wyglądał normalnie. Młody chłopak, na oko dziewiętnastoletni, z bujnymi, brązowymi włosami. Zbliżał się do nich wolnym krokiem, podśpiewując coś pod nosem. Wreszcie zatrzymał się kilka metrów od nich i dokładnie zlustrował ich wzrokiem. Widząc Amandę, uśmiechnął się łobuzersko i zalotnie puścił oczko. Potem odezwał się przesadnie uprzejmym tonem:

— Zgubiliście się? Bez obaw, pomożemy wam odnaleźć drogę.
— Nie, dzięki — odparł Jeff. — Poradzimy sobie.
— Nie pytałem ciebie — odparł chłopak, kierując wzrok na Amandę.
— Wszystko jest w porządku — odezwała się Amanda z lekkim niepokojem. — Nie będziemy wam robić kłopotu.
— Ależ to żaden kłopot — zaprotestował młodzieniec. — Okolica jest niebezpieczna. Przyda wam się pomoc.
— Poradzimy sobie — wtrącił się Jeff, mocniej ściskając różdżkę. Tymczasem nieznajomy przeniósł na niego wzrok.
— Jeżeli jeszcze raz odezwiesz się niepytany, to wyrwę ci serce. — Mimo że głos chłopaka wciąż był miły, to błysk w oczach wskazywał, iż jest na granicy wybuchu. — Próbuję być dla was miły, więc uszanujcie to.
— Przestań, Jeff — wtrąciła się Jasmine, widząc, że kolega zamierza coś odpyskować.
— Właśnie, przestań, Jeff.— Nieznajomy zaśmiał się, a potem znów zwrócił się do Amandy, która ze strachu nie mogła nic wykrztusić. — Wybacz, że się nie przedstawiłem, ale tak dawno nie używałem swojego imienia, że zdążyłem go już zapomnieć. Ale mów mi błysk. Wszyscy tak na mnie mówią. Widzisz, pochodzę z...

    Kiedy nieznajomy opowiadał Amandzie o swoich korzeniach, Jeff i Jasmine próbowali wymyślić, jak uciec z tej pułapki. Obydwoje byli lekko zestresowani. Nie mieli zielonego pojęcia, kim są ludzie, których spotkali. Instynktownie wyczuwali, że mają złe zamiary, a miły ton głosu rozmawiającego z nimi chłopaka tylko potęgował ich strach.
Jasmine, która uchodziła za najmądrzejszą w ich zespole, zaczęła obmyślać plan działania, natomiast Jeff niecierpliwie obracał różdżkę w palcach, gotów na ewentualną walkę. Wyglądało na to, że dwaj czarodzieje po drugiej stronie mostu nie zamierzają interweniować, gdyż nadal stali nieruchomo jak posągi. W końcu Jeff, nie mogąc już wytrzymać tej sytuacji, powiedział:

— Mam dosyć. Amanda, spadamy.

    Chłopak przerwał w pół słowa i przeniósł wściekłe spojrzenie na bruneta. Tym razem nie silił się nawet na miły ton. Jego głos stał się zimny i ostry.

— Chyba powiedziałem ci, co się stanie, jeżeli jeszcze raz odezwiesz się nieproszony, prawda?

    Nie wiedzieć kiedy, w dłoni nastolatka pojawił się sztylet. Rzucił nim, a ostrze wbiło się w drewno tuż przed stopami Jeffa. Jeff patrzył na to przez chwilę w szoku, ale potem uśmiechnął się drwiąco.

— Serio? — zaśmiał się. — Radzę ci poćwiczyć celność, chłoptasiu.

    Nieznajomy uśmiechnął się przymilnie. To, co stało się potem, uświadomiło im, dlaczego chłopak jest nazywany błyskiem. W jednej chwili zniknął ze swojego dawnego miejsca oraz pojawił się tuż przed Jeffem. Uczeń Salamandry nie zdążył nawet mrugnąć, gdy krótki nóż przebił jego serce. Widząc to, Amanda i Jasmine krzyknęły, zrywając się do biegu. Zmierzały w stronę dwóch mężczyzn, stojących po drugiej stronie, rzucając w ich stronę wszystkimi znanymi zaklęciami. Tamci zaczęli się wycofywać pod naporem uroków. Dziewczyny zeskoczyły z mostu i próbowały ukryć się w lesie.
W tym samym czasie, gdy Amanda wskoczyła między drzewa, Jasmine poczuła ogromny ból w plecach. Coś chrupnęło i runęła na ziemię. Z przerażeniem zorientowała się, że nie jest w stanie poruszyć żadną kończyną. Obok niej leżał ogromny głaz. Usłyszała z tyłu ciężkie kroki, a potem silne dłonie przewróciły ją na plecy.
Przed nią stał  umięśniony mężczyzna, którego widziała po drugiej stronie przepaści. Uśmiechnął się do niej drapieżnie, a potem podniósł wielki kamień z taką łatwością, jakby to był mały kamyczek, a nie coś, co najprawdopodobniej waży kilka ton. Dziewczyna krzyknęła rozpaczliwie w tej samej chwili, gdy nieznajomy upuścił go na jej pierś. Zanim znieruchomiała, usłyszała jeszcze głośny chrzęst łamanych kości.
    Amanda biegła przed siebie na oślep, rękoma rozgarniając gałęzie drzew. Nie wiedziała, dlaczego Jasmine, która biegła obok niej, nagle została w tyle. Nie miała jednak odwagi, aby to sprawdzić. Rozpaczliwie gnała przed siebie, modląc się, aby spotkała kogoś, kto będzie mógł jej pomóc. Z przerażenia zapomniała o wystrzeleniu w niebo czerwonych iskier. Nagle poczuła przeszywający ból. Zatrzymała się i z zaskoczeniem spojrzała w dół. Ostry nóż sterczał w jej brzuchu, wbity po samą rękojeść. Równocześnie zza drzewa wyszedł mężczyzna z zawiązanymi oczami. Stał przed nią, gdy upadła na kolana, uśmiechając się drwiąco. Pochylił się tak, że zrównali się twarzami. Odezwał się świszczącym głosem:

— Jak to jest być na granicy śmierci? Czy czujesz jej lodowy uścisk na karku? Całe życie przelatuje ci przed oczami? A może towarzyszący umieraniu ból zdominował twoje zmysły? Nie bój się, to się niedługo skończy. Musisz tylko spojrzeć mi w oczy.

    Nieznajomy sięgnął ręką za tył głowy i zaczął odwiązywać bandaż. Kiedy tkanina opadła, otworzył oczy. W momencie, gdy Amanda spojrzała w wielkie, żółte gałki oczne mężczyzny, poczuła jak opada z sił. Zdążyła jeszcze pomyśleć, że to nie są ludzkie oczy. Potem osunęła się na ziemię.

***

    Harry, Kaspar i Martin odpoczywali po marszu, gdy usłyszeli krzyki. Cała trójka poderwała się z miejsc i wyciągnęła różdżki. Jednak nikt ich nie zaatakował. Wokół nich trwała głucha oraz przerażająca cisza. W końcu Martin kiwnął głową na ścieżkę po lewej stronie.

— To dochodziło stamtąd — powiedział.
— Myślicie, że powinniśmy to sprawdzić? — zapytał Harry. — To nie brzmiało jak krzyk po zaklęciu żądlącym.
— Chodźmy. — Kaspar podjął za nich decyzję. — Pod żadnym pozorem się nie rozdzielamy.

    Chłopcy ruszyli w stronę, z której usłyszeli wrzask. Harry rozejrzał się dookoła. Las, który na początku miał swój urok, wydawał mu się teraz pełen grozy. Miał wrażenie, że za każdym drzewem czyha na nich nieokreślone zagrożenie.
    Doszli do drewnianego mostu. Weszli na niego z zamiarem przedostania się na drugą stronę. W połowie drogi Kaspar pochylił się i wyciągnął dłoń. Przejechał palcami po deskach, a następnie obejrzał rękę. Na niej widniała czerwona ciecz. Harry i Martin podeszli do niego.

— Czy to krew? — wykrztusił Harry.
— Na to wygląda — stwierdził Kaspar. — Ale bez paniki. Ktoś mógł się po prostu skaleczyć lub dostać zaklęciem w trakcie walki o klucz.
— Nie ma żadnego ciała. — Martin rozejrzał się. — Kaspar może mieć rację. Idźmy dalej.

    Po drugiej stronie znaleźli duży kamień. Podeszli do niego i przyjrzeli mu się dokładniej. Głaz na dole również miał czerwone zabarwienie.

— To wygląda, jakby ktoś rzucił to z dużą siłą — orzekł Harry. — Ziemia wokół niego jest popękana.
— Musiało tu dojść do niezłej zadymy — podsumował Kaspar.
— Tylko gdzie są jej uczestnicy? — zastanawiał się Martin.

    Trójka przyjaciół ruszyła dalej przed siebie. Nagle przed nimi stanęły trzy postacie, mierząc w nich różdżkami. Jedna z nich, czarnoskóry chłopak z miodowymi oczami, powiedział:

— No proszę, kogo my tu mamy? Burrows, Frillock i Potter.
— Cześć, Greg — powiedział Kaspar.
— To jak będzie? — zapytał Greg. — Oddacie swój klucz po dobroci, czy najpierw chcecie dostać baty?
— Spróbuj, jeżeli myślisz, że ci się uda — odparł wojowniczo Kaspar.

    Zanim Greg zdążył odpowiedzieć, głos zabrał Martin:

— Długo się tu kręcicie? — zapytał.
— Wystarczająco — odpowiedział blondyn, stojący obok Grega.
— Widzieliście coś podejrzanego? — dopytywał Martin. — Słyszeliśmy krzyki i przybiegliśmy tu sprawdzić, co się stało.
— A co mnie to obchodzi? — Greg wzruszył ramionami. — Nic nie słyszeliśmy. Dla mnie liczy się to, że mamy szansę wziąć sobie wasz klucz.
— Rozejrzyj się. — Harry wskazał ręką na duży kamień i most. — Są tu ślady krwi. Musiało tu dojść do walki!
— Na tym polega nasze zadanie, Potter — odpowiedział Greg. — Walczymy, aby zabrać przeciwnikowi jego klucz i uniemożliwić mu wygraną. Ta krew to pewnie ślady wcześniejszego pojedynku. Dosyć gadania. Macie ostatnią szansę, dajecie klucz, czy będziecie zgrywać twardzieli?
— Pieprz się, łosiu — warknął Kaspar. — Musisz się trochę pomęczyć, aby go zdobyć.
— Uspokój się! — powiedział Martin, lecz było już za późno.

    Czerwony promień z różdżki Grega poleciał w ich kierunku. Harry szybko wyczarował tarczę i miotnął zaklęciem spowalniającym w przeciwników. Wywiązała się walka, której żadna ze stron nie miała zamiaru przegrać. Kaspar strzelił w Grega Drętwotą, na co ten jedynie się zaśmiał. Równocześnie jego dwaj towarzysze wzięli na cel Martina i Pottera. Harry odskoczył przed zaklęciem tnącym, a potem rzucił na chłopaka zaklęcie chwilowej ślepoty. Kiedy tamten odganiał mroczki sprzed oczu, dobył miecza i pomknął ku niemu. Zaklęcie skończyło się nim ostrze dosięgnęło celu. Blondyn odskoczył i wyciągnął swoją klingę. Przez kilka minut obaj zaciekle atakowali, próbując znaleźć słaby punkt rywala.
    Cała szóstka, pochłonięta walką, nie zauważyła trzech postaci, obserwujących ich z boku. Młody chłopak rzekł do mężczyzny z bandażem na oczach:

— Patrz, a myślałem, że będziemy musieli dłużej szukać kolejnych. Okazało się, że baranki same do nas przyszły.
— Poczekajmy, aż stracą siły — zawyrokował czarodziej z zasłoniętymi oczami.
— Jak tam sobie chcesz — odparł młodzieniec. — Daj mi znać, jak skończą. Idę się odlać.

    Umięśniony mężczyzna tylko pokręcił głową z politowaniem i dalej obserwował przebieg walki.

***

    Kiedy uczniowie szukali drogi do księgi, Karrypto, Meredith i Dartan żywo ze sobą rozmawiali. Ściślej mówiąc, to Karrypto cały czas mówił, a pozostała dwójka tylko potakiwała głową i sporadycznie wtrącała swoje uwagi.

— Musimy wysłać ludzi do każdego miejsca, z którego można dostać się do zamku. Ponadto powinniśmy ewakuować mieszkańców Dębowej Doliny do schronów oraz wezwać tych, którzy są poza siedzibą. Nie wiemy, kiedy rozpocznie się atak, ale musimy zrobić wszystko zanim to się stanie.

    Meredith i Dartan ze spokojnymi twarzami zapisywali coś w swoich notesach. Rozdzielili się obowiązkami, aby wszystko poszło sprawniej. Dartan miał zadbać o postawienie barier ochronnych wokół siedziby oraz sprowadzenie tych, którzy aktualnie przebywali poza zamkiem. Meredith była odpowiedzialna za ewakuację ludzi. Natomiast Karrypto zobowiązał się poinformować wszystkich obecnych na miejscu o zagrożeniu i przejąć dowodzenie nad oddziałami.

— Dobrze, że pozbyliśmy się uczniów z zamku — mruknęła Meredith. — Mam tylko nadzieję, że uporamy się z sytuacją, zanim stamtąd wrócą.
— Spokojnie, nałożyłem na kryptę specjalne zaklęcia, aby nieco ich opóźnić — oznajmił Karrypto. — Minie trochę czasu, zanim je przełamią.
— Czy ty czasem trochę nie lekceważysz tych dzieciaków? — zapytał z przekąsem Dartan. — Niektórzy z nich są wyjątkowo uzdolnieni. Żeby się nie okazało, że twoje zabezpieczenia będą dla nich zbyt proste.
— Nie będą, zapewniam cię. — Karrypto uśmiechnął się tajemniczo. — Dość pogaduszek, robota czeka. W drogę.

    Mistrzowie mieli właśnie wychodzić, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i wpadł przez nie jeden z członków Salamandry. Rozejrzał się, a widząc pytające spojrzenia przełożonych, odchrząknął i nieco zakłopotany powiedział:

— Bardzo przepraszam za to wtargnięcie, ale musicie państwo coś zobaczyć.
— Nie mamy teraz czasu — odparł zniecierpliwiony Karrypto. — Cokolwiek to jest, musi poczekać.
— Właśnie, że to nie może czekać — upierał się czarodziej. — Znaleźliśmy trzy ciała.

    Mistrzowie wymienili między sobą spojrzenia i ruszyli za czarodziejem. W drodze wypytywali go o wszystkie szczegóły. W końcu dotarli do małego stawu, gdzie na brzegu leżały trzy trupy. Meredith pochyliła się nad nimi i dłuższą chwilę oglądała ciała. W końcu wstała i rzekła:

— Nie żyją od co najmniej dwudziestu czterech godzin. Najprawdopodobniej zostali sparaliżowani i wrzuceni do stawu. Nie mieli żadnych szans.
— Przynieś mi spis wszystkich uczniów — powiedział Karrypto do jednego z członków Salamandry. — A także listę osób, które weszły dziś na plac treningowy.

    Czarodziej skinął głową i deportował się. Na miejscu zostali tylko mistrzowie oraz dwóch ludzi, którzy mieli przenieść zwłoki. Karrypto i Meredith wypytywali ich, czy nie widzieli nic podejrzanego wczorajszego dnia, a Dartan uważnie badał teren. W pewnym momencie dostrzegł coś, co przypominało małą plamę z błota. Zdziwił się, ponieważ od kilku dni nie padał deszcz. Pochylił się i zamoczył w tym czymś dwa palce. Przyłożył je do nosa i powąchał. Nie, to zdecydowanie nie był zapach błota. Postanowił zobaczyć, jaki smak ma ta substancja. W następnej chwili wypluł zawartość, bez trudu rozpoznając, co to jest. W tym samym czasie podszedł do niego Karrypto.

— Mamy tu trzydziestu uczniów — powiedział mistrz. — Dzisiaj na plac również weszło ich trzydziestu. Interesujące, prawda, Dartanie?
— Ściślej mówiąc, to weszło dwudziestu siedmiu uczniów oraz trzech obcych, którzy udawali naszych podopiecznych.
— Skąd wiesz? — zapytał Karrypto.
— Stąd. — Dartan pokazał mu breję na palcach. — To resztki eliksiru wielosokowego. Ktoś zabił tę trójkę i podszył się pod nich. Chcieliśmy odizolować dzieciaków od potencjalnych wrogów, a okazało się, że siedzą tam zamknięci z trójką z nich. Trzeba ich wyciągnąć.
— Musimy zostać tutaj — zaprotestował Karrypto.
— W takim razie wyślijmy kogoś, kto ich wyprowadzi.
— Dobrze wiesz, że wszyscy mają już przydzielone zadania — zirytował się Karrypto. — Nie mają wyjścia. Muszą radzić sobie sami. Pamiętaj, że kimkolwiek by nie byli, jest ich tylko troje, a pozostali to nasi. Mają przewagę, więc nie powinno być tak źle.

    Mimo, że Karrypto starał się mówić optymistycznym tonem, to wciąż nerwowo przygryzał wargi i obracał się przez ramię. Nie mógł jednak pokazać, że również niepokoi się o dzieciaków. Jako jeden z trójki wielkich mistrzów powinien kroczyć z dumnie uniesioną głową, bez cienia lęku czy zdenerwowania na twarzy, aby podnieść morale innych. Dartan również odpuścił temat, chociaż zrobił to niechętnie. Ciała przeniesiono do zamku, a potem wszyscy zajęli się ustawianiem szeregów.

***

    Harry, Martin i Kaspar pochylali się nad pokonanymi kolegami. O ile Potter i Frillock spokojnie przyjęli swoją wygraną, o tyle Kaspar puszył się jak paw. Stanął nad leżącym Gregiem i ze złośliwym uśmieszkiem wyjął z kieszeni jego szaty klucz, mówiąc przy tym:

— No i na co ci to było? Powinieneś wiedzieć, że prawdziwi mężczyźni zawsze pokonają malutkich chłopców. Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale jak chcesz, to za niewielką opłatą pokażę ci, jak stać się twardzielem.

    Martin już miał się odezwać, aby powiedzieć, co sądzi o definicji prawdziwego mężczyzny według Kaspara, ale przerwało mu głośne klaskanie. Odwrócił się i zobaczył człowieka z zabandażowanymi oczami, który szedł wolno ku nim. Kaspar natychmiast przestał się przechwalać i stanął obok Harry'ego. Szturchnął go w ramię i zapytał szeptem:

— Znasz tego kolesia?

    Harry pokręcił głową. Zza drzew wyszli jeszcze dwaj nieznajomi. Greg i jego towarzysze, którzy zdążyli się już pozbierać, stanęli na uboczu i obserwowali tę scenę. Instynktownie wyczuli, iż nowo przybyli nie mają dobrych zamiarów, więc na wszelki wypadek wyciągnęli różdżki oraz dobyli mieczy. Szczęk stali zwrócił uwagę ślepca. Odwrócił w ich stronę głowę i uśmiechnął się, odsłaniając pożółkłe zęby. Kroczył teraz ku nim.

— Coście za jedni? — zapytał wojowniczo Greg.
— To, kim jesteśmy, nie ma żadnego znaczenia — odparł mężczyzna. — Liczy się tylko powód, dla którego tu przyszliśmy.
— Jeżeli chcecie nasze klucze, to marnujecie czas — hardo powiedział Kaspar. — Nie oddamy ich bez walki.
— Bez walki — powtórzył młodzieniec, który szedł obok umięśnionego olbrzyma. — Słyszałeś, strongmenie? Chcą z nami walczyć.

    Tamten nic nie odpowiedział. Tymczasem mężczyzna z bandażem na oczach zbliżył się do Grega. Chłopak cały się spiął i ruszył na niego. Ciął mieczem, próbując trafić w przeciwnika, lecz nieznajomy tylko się śmiał i z łatwością unikał jego ciosów. Towarzysze Grega pośpieszyli mu z pomocą. Ślepiec rozpostarł ręce, w których błysnęły dwa noże. Rzucił je, a koledzy Grega padli bez życia na ziemię. Kaspar, Martin i Harry zaklęli, dobywając broni i biegnąc w jego stronę. Pozostała dwójka zagrodziła im drogę. Umięśniony powiedział:

— To jego ofiara. Waszymi przeciwnikami będziemy my.

    Kaspar rzucił w niego Drętwotą. Młodzieniec wyczarował tarczę oraz przystąpił do natarcia. Rzucał uroki z prędkością karabinu maszynowego. Równocześnie drugi mężczyzna podbiegł do miejsca, gdzie stał Martin i uniósł pięść do góry. Martin odskoczył na bok w ostatniej chwili. Tam, gdzie uderzyła pięść, powstał mały krater. Martin na ten widok uniósł brwi i spojrzał na chłopaków. Machnął różdżką, a wokół nich wytworzył się gęsty dym. Szybko odnalazł Harry'ego i Kaspara. Cała trójka ukryła się w pobliskich zaroślach. Kiedy zasłona dymna opadła, zobaczyli nastolatka oraz umięśnionego mężczyznę, którzy z wściekłością lustrowali teren dookoła. W końcu olbrzym tupnął nogą, przez co pobliski teren lekko się zatrząsł, oraz wrzasnął:

— Kurwa!!!

    Z furią zaczął wykrzykiwać przekleństwa pod adresem Harry'ego, Kaspara i Martina. Natomiast chłopcy rozmawiali ze sobą szeptem.

— Co to za ludzie? — spytał Martin.
— Zastanówmy się najpierw, czy to na pewno są ludzie — odparł Harry. — Ten przypakowany jest silniejszy od Hagrida.
— Od kogo? — zdziwił się Kaspar.
— Mój przyjaciel z Hogwartu — wyjaśnił Harry. — Później ci o nim opowiem. Co robimy? Nie możemy zwiać, Greg wciąż tam jest.
— Wygląda na to, że już po nim — szepnął Martin, a potem wskazał na coś palcem. — Patrzcie.

    Na środku placu klęczał Greg, który trzymał się za brzuch. Na dodatek kaszlał i pluł krwią. Ślepiec kazał swoim towarzyszom postawić go na nogi. Równocześnie zaczął odwiązywać bandaż na oczach mówiąc:

— To już niedługo się skończy. Aby twój ból minął, musisz jedynie spojrzeć mi w oczy.

    Greg ostatkiem sił próbował się wyrwać, ale nieznajomi mocno go trzymali. Oni już dawno zacisnęli powieki i odwrócili wzrok. Greg próbował zrobić to samo, ale najwidoczniej dostał jakąś klątwą, ponieważ ilekroć opuszczał powieki, czuł się tak, jakby gwoździe wbijały mu się w gałki oczne. W końcu bandaż opadł, a twarz Grega wykrzywił grymas przerażenia. Był to jego ostatni ruch, ponieważ chwilę później upadł bez życia na ziemię. Harry, Martin i Kaspar patrzyli na to w oszołomieniu. Nie byli w stanie nawet poruszyć palcem. Kaspar niekontrolowanie drżał i próbował się uspokoić, biorąc głębokie wdechy. Martin wyglądał jakby miał zaraz zwymiotować, ale starał się nie ulegać panice. Pierwszy odezwał się Potter:

— Czy ktoś mi wytłumaczy, co właściwie się stało?
— Dostał jakimś zaklęciem? — rozmyślał Kaspar. — Nie, nie było widać promienia. Po prostu spojrzał mu w oczy i zginął.
— Tylko bazyliszek potrafi zabijać wzrokiem — sarknął Harry. — A ten koleś wcale go nie przypomina.
— To jak inaczej to wyjaśnisz?
— Nie wiem. — Harry wzruszył ramionami. — Coś tu jest bardzo nie w porządku.
— Serio? — Tym razem to Kaspar przybrał ironiczny ton.
— Przepraszam, że przerywam waszą burzę mózgów, ale może tak byśmy stąd spieprzali? — wtrącił się Martin. — Zaraz mogą nas znaleźć.
— Mamy podkulić ogony i uciec jak tchórze? — zaprotestował Kaspar. — Nie ma mowy.
— Czasami się zastanawiam, co ty masz w tym łbie zamiast mózgu. — widać było, że Martin jest zdenerwowany. — Ci goście mogą zrobić z nas miazgę w kilka sekund. Jeden z nich ma siłę trolla, drugi zabija wzrokiem, a o trzecim nie wiemy kompletnie nic. Musimy natychmiast dotrzeć do księgi i wydostać się z tego miejsca. Kiedy już to zrobimy, powiadomimy nauczycieli, a oni się nimi zajmą.

    Kaspar chciał jeszcze protestować, ale po chwili namysłu musiał przyznać koledze rację. Dlatego kiwnął głową i zgodził się na odwrót. Chłopcy rzucili na siebie zaklęcie kameleona oraz najciszej, jak mogli, opuścili to miejsce. Wciąż nurtowały ich pytania dotyczące tożsamości tych dziwnych ludzi. Trójka napastników także się oddaliła, zapewne w poszukiwaniu kolejnych ofiar.