poniedziałek, 19 lutego 2018

Rozdział 26 „Krew na rękach”

Brak komentarzy:

 
 Rozdział sprawdzony przez: Noelia Cotto
____________________________________________

   Harry mijał w biegu uschnięte drzewa. Znajdował się w czymś, co wiele lat temu zapewne było sadem. Uschnięte gałązki strzelały, ilekroć na nie nadepnął. Patrząc w niebo, Potter stwierdził, że niedługo nastanie wieczór. Słońce zaczynało znikać za horyzontem, a powietrze stało się zimniejsze, natomiast wydłużone cienie drzew przyprawiały o ciarki na plecach. Wybraniec był zdenerwowany i w duchu klął na Martina. Martwił się o kolegę, ale jednocześnie był na niego wściekły, że w tak bezczelny sposób wyłączył go z walki. Obiecał sobie, że tego nie zapomni i przy nadarzającej się okazji wypomni mu jego zachowanie.

   W oddali Harry zauważył majaczące kontury zrujnowanego zamku. Zatrzymał się, aby złapać oddech i spojrzał na mapę. Zgodnie z nią musiał przejść przez kamienny dziedziniec, a potem okrążyć budynek. Tuż za nim będzie kolejna brama, która prowadzi bezpośrednio na cmentarz. Potter odwrócił się i wahał dłuższą chwilę. Chciał wrócić i pomóc Martinowi, lecz jednocześnie głos rozsądku podpowiadał mu, że niedługo będzie mógł sprowadzić kogoś do pomocy. Nagle czarodziej wytężył wzrok, ponieważ zdawało mu się, że na drodze widzi cień jakiejś postaci. Zamknął oczy i potrząsnął głową, a gdy je otworzył, nikogo już nie było. Uznając, że to tylko przywidzenie, ruszył w dalszą drogę.
***

   — Wycofują się! — wrzasnął Karrypto, gdy zobaczył, jak przeciwnicy odwracają się na pięcie i uciekają, chcąc wydostać się poza bariery antydeportacyjne.

   Znaczna część siedziby Salamandry była zniszczona. Wyrwy w murach oraz dym wylatujący przez rozbite okna mówiły, że przywrócenie wszystkiego do dawnej świetności będzie wymagało dużo pracy i czasu. Atak przyniósł mnóstwo strat, o wiele więcej niż się spodziewano. Wielu obrońców straciło życie, a rannych szacowano na blisko setkę.

   Najwięcej zamieszania zrobiły trzy wielkie trolle. Teraz gdy potwory leżały bez życia tuż przed wejściem do zamku, a generał, który dowodził szturmem, został zabity przez Karrypto, w szeregi wroga wdarła się panika. Bez swojego przywódcy nie wiedzieli, co dalej czynić, więc podjęli decyzję o odwrocie. Jednak Karrypto nie zamierzał ich wypuścić. Rozkazał swoim ludziom ruszyć w pogoń za nieprzyjacielem. Sam machnął różdżką, z której wyleciała sieć. Siatka, kontrolowana przez Karrypto, zręcznie łapała uciekinierów. Kilku najeźdźców miało szczęście i udało im się zbiec. Gdy wszystko się uspokoiło, Dartan i Karrypto zebrali swoich ludzi i przekazali im dalsze instrukcje.

   — Bradock, Leila, Finn i Ves, idźcie do Dębowej Doliny i przywróćcie ją do dawnego stanu — mówił Karrypto. — Następnie zajmijcie się mieszkańcami. Oddziały czwarty i piąty niech poszukają rannych i zabiorą ich do Meredith. Drużyna Dartana niech wyruszy na plac treningowy, aby sprowadzić dzieciaki. Reszta ma za zadanie naprawić szkody w zamku. Ja idę zdać powiadomić czcigodnego Ejnara o całej sytuacji.

   Wszyscy zajęli się przydzielonymi zadaniami. Nagle przed Karrypto stanął Dartan, z feniksem na ramieniu i wpatrywał się w niego niespokojnym wzrokiem.

   — Mamy problem — powiedział i zaczął opowiadać o tym, czego dowiedział się od feniksa.

   Z każdym słowem Dartana twarz Karrypto stawała się coraz bardziej bledsza.

***

   Harry wpatrywał się w ostatni punkt na swojej trasie. Ruiny pradawnego zamku robiły niesamowite wrażenie. Stare, rozsypujące się mury, porośnięte dzikim bluszczem pięły się w górę, sprawiając wrażenie, że nie mają końca. Zamek, łącznie z kamiennym dziedzińcem, na którym chłopak stał, świetnie nadawałby się jako sceneria do jakiegoś niskobudżetowego horroru. Na środku znajdowała się uszkodzona fontanna, napełniona wodą, która była tak brudna, że od samego patrzenia robiło się niedobrze. Harry bardzo chciał wejść do środka i zobaczyć, jak wyglądają opuszczone i zniszczone korytarze, lecz przypomniał sobie o Martinie i Kasparze. Westchnął i ruszył do bocznej furtki, za którą znajdowała się ścieżka, prowadząca na tyły budowli.

   Po obejściu zamku znalazł się na długim trawniku, który również był zaniedbany. Kilkanaście metrów przed nim widział bramę, nad którą znajdowała się tabliczka z napisem „Cmentarz”. Jednak zanim ruszył w tamtym kierunku, jego wzrok przykuła dziura w ziemi. Podszedł bliżej i ujrzał schody prowadzące w dół. Na samym dnie znajdował się plac, w kształcie idealnego okręgu. Po obu stronach były zakratowane drzwiczki, wiodące do podziemnych tuneli. Harry od razu domyślił się, że kiedyś mieściła się tu arena.

   Zaciekawiony zszedł na dół. Spróbował otworzyć któreś z drzwi, lecz nic z tego nie wyszło. Na piasku znajdowały się zaschnięte ślady krwi, powstałe zapewne wskutek toczonych tu przed laty pojedynków.

   Harry usłyszał jakieś groźne warczenie, które dochodziło z ciemnego tunelu, mieszczącego się za jedną z zamkniętych krat. Zaciekawiony podszedł bliżej i wytężył wzrok, ale niczego nie dostrzegł. Nagle wrzasnął z przerażenia i gwałtownie odskoczył do tyłu, ponieważ z ciemności wybiegł ogromny pies. Zwierzę nie zdążyło wyhamować i z impetem uderzyło w kraty, które aż się zatrzęsły. Czworonóg zaskomlał z bólu, ale nadal nie odrywał swoich czarnych oczu od Pottera. Z jego otwartego pyska ciekła ślina, a język był wywalony na zewnątrz. Harry'emu wystarczył szybki rzut oka na jego sylwetkę, aby się zorientować, że jest bardzo głodny. Sierść ledwie na nim wisiała, a z boku widać było wszystkie jego żebra. Wyglądało na to, że był tam zamknięty przez cały czas, odkąd zamek został opuszczony, za pożywienie mając znalezione w tunelu szczury.

   Po chwili z głębi tunelu wyszedł kolejny czworonóg, budową przypominający swojego towarzysza. On również łapczywie wpatrywał się w Harry'ego, jakby miał nadzieję, że chłopak otworzy kratę i posłuży mu za kolację. Harry uniósł różdżkę i zatoczył nią koło, mamrocząc pod nosem zaklęcie, którego nauczył go Aidan, równocześnie zakrywając jedno oko. Przed Harrym utworzyła się malutka kuleczka, którą Potter posłał za kraty. Psy patrzyły na to dziwne zjawisko i starały się dosięgnąć ją swoimi łapami, ale Wybraniec umieścił je na takiej wysokości, że nie miały najmniejszych szans.

   Mała kuleczka zniknęła w tunelu, a Harry zobaczył, co się w nim kryje. Było tam jeszcze więcej zwierząt, około piętnastu, równie wychudzonych, głodnych i przerażających. Między nimi leżały szkielety szczurów, a także innych psów. Wyglądało na to, że zjadały się nawzajem, chcąc chociaż na chwilę posmakować czegoś innego niż małego gryzonia. Harry zauważył także kilka ludzkich szkieletów, przez co lekko się wzdrygnął. Przerwał zaklęcie i odsunął dłoń od swojego oka. Nagle Harry odwrócił się błyskawicznie i spojrzał w górę. Niczego tam nie było, ale miał pewność, że przed chwilą usłyszał jakiś ruch. Ścisnął mocniej różdżkę i krzyknął:

   — Wiem, że tam jesteś! Pokaż się!

   Harry nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale na szczycie schodów pojawił się młody chłopak. Natychmiast rozpoznał Błyska, a w jego głowie zrodził się niepokój o Martina. Jednak gdy zobaczył, że był sam, nieznacznie się uspokoił. Patrzył na niego podejrzliwie, kiedy wolnym krokiem schodził na dół, pogwizdując pod nosem. Chciał zaatakować od razu, lecz usłyszał w głowie głos Aidana, który przestrzegał przed jakimkolwiek działaniem pod wpływem emocji, więc Harry obserwował Błyska i czekał na jego ruch. Tamten nie wyglądał, jakby wyrywał się do walki. Przeciwnie, kiedy tylko znalazł się na dole z ciekawością, rozejrzał się na boki, jakby wybrał się tutaj, aby pozwiedzać teren, a nie mordować z zimną krwią.

   — Ciekawe miejsce, prawda? — zapytał, udając, że nie widzi wrogiego spojrzenia Harry'ego. — Tamten zamek również wygląda okazale. Musiał tu kiedyś mieszkać naprawdę bogaty sukinsyn. Jak myślisz, na tej arenie naprawdę walczyli prawdziwi gladiatorzy, czy to tylko część dekoracji?

   Harry nadal milczał, a Błysk najwyraźniej nie czekał na jego odpowiedź, bowiem chwilę później znów się odezwał:

   — Muszę tu kiedyś przyprowadzić Satine. Wiesz, ona lubi takie klimaty. Opuszczone ruiny i legendy z nimi związane. Swoją drogą, ciekawe, jaką to miejsce ma historię? Czy właściciel po prostu przeniósł się gdzie indziej, a może nad jego rodem wisiała jakaś paskudna klątwa, która nie pozwoliła mu mieć potomka, aby pielęgnował to miejsce po śmierci seniora?

   — Gdzie jest Martin? — zapytał Harry, przerywając mu wymyślanie teorii o przyczynach zaniedbania zamku.

   — Nie mam zielonego pojęcia. Sanguis z nim został, a ja... — powiedział spokojnym tonem.

   — A ty przyszedłeś za mną, by mnie wykończyć? — dokończył Harry, mocniej zaciskając palce na różdżce.

   Błysk patrzył na niego w milczeniu, a potem uśmiechnął się i powiedział:

   — Wiesz co, Harry? Nie spodziewałem się, że jesteś aż takim egoistą. Dlaczego sądzisz, że każdy nieznajomy czarodziej szuka cię tylko po to, aby cię zabić? Nie jesteś pępkiem świata, nie wszystko musi kręcić się wokół ciebie.

   — Wcześniej chyba jasno dałeś do zrozumienia, że nie ścigasz nas z kumplami tylko po to, aby pogawędzić przy herbatce.

   — To Garrik i Sanguis byli skłonni do walki — odpowiedział Błysk, stając naprzeciw Harry'ego. — Ja nie uciekam się do przemocy, kiedy nie muszę. To, czy będziemy walczyć, czy nie, zależy tylko od ciebie.

   — Słucham? — Harry nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

   — Boisz się śmierci, Potter?

   — Nie — odpowiedział Harry. — Już tyle razy patrzyłem jej w oczy, że zdążyłem się przyzwyczaić.

   — Nie umiesz kłamać. — Błysk uśmiechnął się. — Dlaczego trzymasz z tymi, którzy nie mają najmniejszych szans na przeżycie? Powinieneś przyłączyć się do zwycięzców. Czcigodny Silvestro może dać ci wielką moc, niezbędną do tego, aby pokonać Voldemorta. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Czy zostając tutaj, masz jakiekolwiek szanse dorównać Czarnemu Panu? Ile masz lat?

   — Piętnaście — odpowiedział Harry.

   — Ja mam szesnaście, chociaż wyglądam na o wiele więcej. — Błysk uśmiechnął się łobuzersko. — Jest między nami tylko rok różnicy, ale i ty, i ja, dobrze wiemy, który z nas jest silniejszy. Myślisz, że osiągnąłem to, zadając się z dobrą stroną? Otóż nie, to czcigodny Silvestro sprawił, że mogę bez strachu walczyć z najsilniejszymi. Możesz to samo powiedzieć o sobie? Jak daleko zaszedłeś? Zauważyłem, że jedyne zaklęcia, jakie potrafisz rzucić, to Expelliarmus i Drętwota, oczywiście nie licząc tych marnych sztuczek, których nauczyła cię Salamandra. Wszystkie czary, którymi operujesz w walce, opanowałem już w wieku jedenastu lat. Jesteś słaby Harry, to, że jeszcze żyjesz, zawdzięczasz jedynie szczęściu. Ale szczęście ma to do siebie, że nie trwa wiecznie. Chyba nie sądzisz, że na tym poziomie uda ci się zagrozić Voldemortowi? Prawda jest taka, że kiedy spotkasz na swojej drodze kogoś takiego jak ja albo Voldemort, to będzie twój koniec.

   — Czy ty mi właśnie grozisz?! — warknął Harry, próbując odegnać ze swojej głowy myśl, że chłopak ma rację.

   — Ja? Wręcz przeciwnie, oferuję ci pomoc. Daje ci szansę dołączenia do nas i osiągnięcia mocy, niezbędnej do wypełnienia twojego przeznaczenia. Widzisz, przyda nam się młoda krew. Jestem najmłodszym ze sług czcigodnego Silvestra, czasami chciałbym spędzić czas z kimś, kto jest mniej więcej w moim wieku. Oczywiście jest Satina, ale ona rzadko bywa w R'lyeh.

   — Chyba nie sądzisz, że się zgodzę?

   — Dlaczego nie? Czy nie chciałbyś dorównać bratu? Z tego co wiem, jest w moim wieku, ale on odrzucił ofertę czcigodnego Silvestra. Twój brat jest tak silny, ponieważ nie boi się czarnej magii. Wyzbył się zasad moralnych, które go krępowały i zobacz, co otrzymał w zamian. Nie chcesz być taki jak on? Wtedy wszystko byłoby prostsze, prawda? Potęga, wielka moc. — Ostatnie słowa Błysk wypowiadał szeptem, krążąc wokół Harry'ego. — Szacunek innych, władza. Wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Musisz tylko przyjąć moją ofertę.

   Błysk stanął przed Harrym i wyciągnął dłoń. Potter patrzył na nią pustym wzrokiem, powtarzając w myślach to, co usłyszał. Harry nie mógł się powstrzymać, aby nie pomyśleć, jakby to było, gdyby rzeczywiście miał siłę mogącą równać się z mocą Voldemorta. Wyobraził sobie siebie, stojącego przed swoim wrogiem z dumnie uniesioną głową. Widział, jak Voldemort pada martwy na ziemię, jak inni dziękują mu za zakończenie koszmaru i skandują jego imię. Gdyby tylko przyjął ofertę chłopaka, wszystko byłoby prostsze, więc może warto obrać drogę na skróty? Ale z drugiej strony, ci ludzie zamordowali z zimną krwią innych członków Salamandry. Co prawda nie znał ich dobrze, ale w pewnym sensie byli jego kolegami i koleżankami ze szkolenia. Pomyślał o Martinie i Kasparze, którzy teraz z pewnością zaciekle walczą ze swoimi przeciwnikami, i którym ani w głowie dołączyć do drużyny wrogów. Ale czy i oni nie zgodziliby się na tą jakże kuszącą propozycję? Przecież gdyby przyjął ofertę Błyska, mógłby postawić warunek, że jego przyjaciołom nie może spaść włos z głowy.

   Błysk nadal milczał, czekając na decyzję Harry'ego. Czuł, że w głowie chłopaka rozgrywa się teraz prawdziwa bitwa myśli. Rozumiał jego wahanie, ponieważ on sam też przez to przechodził, ale perspektywa wielkiej mocy i nieograniczonych możliwości, jakie niesie ze sobą, była zbyt kusząca, aby mógł ją odrzucić, więc był pewien, że Harry także się nie oprze. Bo w końcu, kto nie skorzystałby z takiej szansy? Rzadko dostaje się taką propozycję. Uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy zobaczył, jak ręka Harry'ego powoli unosi się w górę.

   Harry wciąż nie był zdecydowany, co chce uczynić. Przeraził się, kiedy zrozumiał, że chce uścisnąć dłoń chłopaka, aby przypieczętować umowę. Próbował cofnąć rękę, ale nie mógł. Nie mógł, czy nie chciał? Wciąż miał w głowie obrazy siebie górującego nad Voldemortem. Tak bardzo pragnął ochronić swoich bliskich i zakończyć panowanie Czarnego Pana, że był gotów poświęcić dla tego celu nawet siebie. Ale kiedy już miał przyjąć propozycję Błyska, w jego głowie pojawiło się jeszcze jedno wspomnienie. Przypomniał mu się pogrzeb Cedrika i Dumbledore, który wypowiadał swoją mowę. Usłyszał słowa starca, skierowane do wszystkich uczniów i nauczycieli, chociaż w tej chwili Harry miał wrażenie, że dyrektor mówi tylko do niego. „Przed nami mroczne i niespokojne czasy, wkrótce będziemy musieli wybrać, między tym co dobre, a tym co łatwe”.

   Harry potrząsnął głową, a w jego tęczówkach zapłonął gniew. Był na siebie wściekły za tę chwilę słabości. Odtrącił wyciągniętą rękę Błyska i złapał go za przód szaty. Zaskoczony chłopak nawet nie zareagował, natomiast Harry przybliżył swoją twarz do niego i wysyczał:

   — Nigdy się do was nie przyłączę. Zamiast tego obiecuję ci, że tu i teraz zapłacisz za każdą niewinną osobę, którą dziś zabiłeś, tak samo jak twoi towarzysze.

   Następnie zacisnął pięść i wymierzył mocny prawy sierpowy. Głowa Błyska odchyliła się na bok, a on sam padł na ziemię. Harry odskoczył i wycelował w niego różdżką. Błysk tymczasem zdążył już wstać i spojrzał na Harry'ego. Już nie był miłym chłopczykiem, składającym piękne obietnice. Stał wyprostowany, z wściekłością wypisaną na twarzy, groźny i przerażający. Starł krew z rozciętej wargi i powiedział drżącym głosem:

   — A więc wybrałeś śmierć, Harry Potterze. — Mówiąc to, rozpinał swoją szatę. — Dobrze, w takim razie pokażę ci, co odrzuciłeś.

   Zdjął szatę, zostając w czarnej koszulce z żółtą błyskawicą na przedzie. Na niej miał zawieszone dwa pasy, w których widniały małe sztylety. Wyjął je i ułożył sobie między palcami, a potem skrzyżował ręce i wzrokiem obiegł teren. Wziął zamach i zaczął nimi rzucać, a Harry wyczarował zaklęcie tarczy, jednak wyglądało na to, że sztylety nie są przeznaczone dla niego, ponieważ żaden z nich nie leciał w stronę Pottera. Powbijały się w piasek po prawej stronie Harry'ego, po lewej, przed i za nim, a także w niektórych miejscach na ścianach areny. Początkowo Harry miał wrażenie, że Błysk po prostu nie trafił, ale widząc, że chłopak kiwa z zadowoleniem głową, zrozumiał, że od początku tak miało być.

   Zaniepokoiło go to, ponieważ nie wiedział, jaki był w tym cel, ale na wszelki wypadek ścisnął mocniej różdżkę i wyjął swój miecz. Błysk tymczasem ponownie założył swoją szatę, również wyciągnął różdżkę i powiedział:

   — Nie zabiję cię szybko, Potter. Zrobię to powoli, tak abyś jak najdłużej czuł konsekwencje swojej decyzji. Zaczynajmy naszą zabawę, graj muzyko.

   Harry rozszerzył oczy, kiedy Błysk nagle zniknął, tak po prostu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Zaraz jednak pojawił się za plecami Harry'ego i rzucił zaklęcie cięcia, które ugodziło Pottera w łydkę. Harry syknął i obrócił się, ale po przeciwniku nie było już żadnego śladu. Błysk stał teraz po prawej stronie Wybrańca i ponownie udało mu się trafić Harry'ego, przecinając mu policzek. Wszystko trwało tak szybko, że Harry w ogóle nie miał szans nawet unieść różdżki, a co dopiero wypowiedzieć zaklęcie. Kręcił się tylko dookoła siebie, kompletnie nie mogąc poradzić sobie z szybkością swojego przeciwnika. Tymczasem Błysk bawił się w najlepsze, co rusz pojawiając się w innych miejscach, za Harrym, z lewej strony, przed nim, znowu za nim oraz nad nim.

   Już po kilku minutach Harry był całkowicie poharatany. Parę razy udało mu się zobaczyć przeciwnika, ale gdy tylko unosił różdżkę, on znikał i błyskawicznie pojawiał się w innym miejscu. Harry chciał wydostać się z areny i stoczyć walkę na górze, lecz kiedy wbiegał na schody, chłopak zagrodził mu drogę i mocnym kopniakiem posłał go na dół.

   — Będziemy walczyć tutaj — oświadczył spokojnym głosem. — To była tylko rozgrzewka. Widzisz, Potter? Ty także mógłbyś taki być, ale nie, wolałeś być lojalny i honorowy. Jestem szybszy nawet od światła, nigdy za mną nie nadążysz.

   Chłopak znów zniknął i chwilę później Harry poczuł mocny cios w plecy. Upadał, ale zanim dotknął ziemi, Błysk pojawił się przed nim i dobił go ciosem w podbródek. Harry wypluł krew i szybko wstał z ziemi, ale chwilę później znowu na niej leżał, tym razem po ciosie z lewej strony. „Nawet nie mam czasu, aby odbić atak” pomyślał, kiedy ponownie został sprowadzony do parteru.

   — Taki słaby. — Harry słyszał słowa swojego przeciwnika. — Taki delikatny. Co zrobisz, Potter? Nawet nie spróbujesz mnie pokonać?

   Harry zorientował się, że chłopak nie może poruszać się z taką szybkością po całym obszarze. Zawsze stał obok jednego ze swoich sztyletów. Przypomniał sobie słowa Aidana, kiedy podczas jednego z treningów zapytał go, czy uważa, że pokonanie kogoś tak silnego jak Voldemort jest w ogóle możliwe. „Nigdy nie znajdziesz doskonałego czarodzieja, Harry. Każdy, nawet Voldemort, Dumbledore lub ktokolwiek inny ma jakiś słaby punkt. Cała sztuczka polega na tym, aby umieć go znaleźć i wykorzystać”. Potter wstał z miejsca i odetchnął głęboko. To jest to, przede wszystkim musi się skupić i uważnie obserwować szalejącego młodzieńca. Na pewno ma jakieś ograniczenia, musi je tylko znaleźć. Chłopak znowu zniknął i pojawił się przy Harrym, który automatycznie odskoczył do tyłu. Rzucił zaklęcie wybuchające, lecz chłopak zdążył się przemieścić, na co Harry błyskawicznie się odwrócił i znowu machnął różdżką. Ziemia obok Błyska zaczęła przybierać kształt przypominający ręce trolla. Dłonie próbowały chwycić młodzieńca za kostki, ale tamten zwinnie przed nimi uciekał, teleportując się w inne miejsce areny. Wreszcie machnął różdżką i żółty płomień przeciął dłonie niczym gilotyna. Znowu zniknął, a Harry obrócił się i użył pierwszego czaru, jaki przyszedł mu do głowy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy fioletowy promień trafił Błyska prosto w ramię i odrzucił go na drugi koniec areny. Wrzasnął, kiedy jego ręka pokryła się paskudnymi bąblami. Najwidoczniej tym razem to Potter miał szczęście i idealnie przewidział, gdzie wróg zamierza stanąć, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni i Harry doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Był przekonany, że nie zranił mocno chłopaka, a jedynie bardziej go rozwścieczył.

   — Jak śmiałeś?! — wrzasnął chłopak, patrząc na spuchniętą rękę. — Jak śmiałeś mnie zaatakować?! Zatłukę cię!

   Błysk pojawił się po lewej stronie Harry'ego. Uderzył go w twarz i ponownie przeniósł się w inne miejsce. Po chwili Potter znów leżał twarzą do ziemi, ale oponent nie zamierzał na tym poprzestać. Podniósł miecz Harry'ego i wbił go w dłoń Wybrańca. Harry wrzasnął, a Błysk wolno przekręcał ostrze.

   — Boli, prawda? Poczuj ból, zaakceptuj go i myśl o nim, przeklinając swoją lojalność wobec tych nieudaczników.

   Prawy sierpowy sprawił, że głowa Harry'ego przekręciła się na bok. Wybraniec poczuł, jak coś strzyknęło mu w karku, a po całej szyi rozlała się fala gorąca. Młodzieniec z furią zadawał mu kolejne ciosy w różne części ciała. Kiedy chłopak na chwilę przestał, aby złapać oddech, Harry przekręcił głowę i jego wzrok padł na jeden ze sztyletów wbitych w ziemię. Zmarszczył brwi, kiedy na rękojeści zobaczył maleńką, rzymską cyfrę cztery. Nagle rozszerzył oczy, kiedy coś do niego dotarło. „Słaby punkt” pomyślał, „Czyżby to było to?”. Musiał upewnić się, czy jego teoria jest słuszna. Myśl, która zalęgła się w jego głowie dodała mu sił, toteż wolną ręką chwycił Błyska za nadgarstek, kiedy ten zamierzał jeszcze raz go uderzyć, a potem kopniakiem odepchnął go od siebie. Zacisnął zęby, starając się ignorować ból w całym ciele, i wyjął miecz ze swojej dłoni. Czerwona ciecz trysnęła na piasek, lecz Harry szybko oderwał kawałek szaty i obwiązał nim dłoń. Wstał, otarł twarz z krwi i ścisnął mocniej miecz oraz różdżkę, patrząc, jak Błysk wraca na swój posterunek przy sztylecie.

   Młodzieniec znów zniknął, ale Harry nawet nie zamierzał się bronić. Przyjmował kolejne ciosy, pozwalając miotać się po całej arenie i zapamiętując miejsca, w których pojawia się chłopak. Po dwóch seriach wiedział, że miał rację. Wyglądało na to, że Błysk może przemieszczać się od jednego sztyletu do drugiego z niewyobrażalną szybkością, ale tylko w określonej kolejności, a skoro tak, to wystarczy tylko zapamiętać jego trasę. Uśmiechnął się do siebie i podniósł z kolan, odwracając się do przeciwnika. Wyglądał fatalnie, ale nie przejmował się tym zbytnio. Liczne zadrapania i rozcięcia na skórze sprawiły, że biała szata była teraz czerwona, powoli tracił też czucie w zranionej dłoni. Mało tego, prawdopodobnie miał wstrząśnienie mózgu, ponieważ coraz bardziej kręciło mu się w głowie i zbierało na wymioty. Zdał sobie sprawę, że nie ma zbyt wiele czasu i kolejnej szarży Błyska z pewnością nie przeżyje. Tym bardziej, że chłopak był wściekły na to, że Harry tak długo utrzymał się przy życiu.

   — Znudziłeś mnie, Potter — powiedział Błysk. — Sam nie wiem dlaczego, ale do tej pory byłem dla ciebie łaskawy. Chciałem, abyś umarł szybką śmiercią, ale skoro tak stawiasz sprawę, to nie będę miał już wyrzutów. Giń!

   Chłopak ponownie zniknął, ale tym razem Harry był na to gotowy. „Po prawej!” pomyślał i rzucił zaklęcie ogłuszające w tym kierunku. Czerwony promień zderzył się z czarnym, a zaskoczony Błysk uniósł brwi, jednak chwilę potem ponownie zmienił swoje położenie. Harry błyskawicznie się odwrócił i zablokował atak swojego przeciwnika, skierowany w jego plecy. Gdy Harry zobaczył, że chłopak ponownie zamierza się przemieścić, pobiegł ile sił do sztyletu po swojej lewej stronie, po drodze dobywając ostrza.

   Ledwie Błysk zdążył się pojawić, a już musiał osłonić się przed stalową klingą. Podniósł ręce i skrzyżował je przed sobą, a ostra stal uderzyła w metalowe ochraniacze. Harry kucnął i obrócił się, podcinając nogi przeciwnikowi. Błysk ponownie musiał zablokować uderzenie mieczem, ale nie zdążył uniknąć zaklęcia miażdżącego. Poczuł się, jakby olbrzymi głaz spadł mu na żebra, przygniatając je tak bardzo, że nie mógł złapać tchu. Próbował rzucić zaklęcie uśmiercające, ale Potter z łatwością odskoczył przed zielonym promieniem i odpowiedział czarem odpychającym. Błysk poleciał na metalowe kraty i w ostatniej chwili zdążył się odsunąć, unikając przegryzienia tętnicy przez uwięzionego psa. Zwierzę zaczęło szczekać wściekłe, że jego posiłek się wymknął. Młodzieniec podniósł się na nogi i spojrzał na Pottera.

   — Jakim cudem za mną nadążasz? Coś ty do cholery zrobił?!

   Harry nie odpowiedział, tylko ruszył na niego, szykując się do wyprowadzenia kolejnej serii ciosów. Błysk uskoczył przed jego mieczem, ale złamane żebra powodowały, że stracił swoją wcześniejszą grację. Jego ruchy były nieco spóźnione, więc Harry'emu udało się kilka razy go trafić. Poraniony stanął przy swoim sztylecie i zniknął. „Schody!” krzyknął w myślach Harry oraz odwrócił się w kierunku wejścia do areny.

   Harry posłał zaklęcie rażące prądem dokładnie w tym samym momencie, w którym od strony chłopaka poleciał zielony promień. Huk po zderzeniu obu uroków sprawił, że przestraszone psy natychmiast pobiegły w głąb tunelu. Błysk spiął wszystkie mięśnie i z całej siły zacisnął palce na różdżce. Zaklęcie uśmiercające kierowało się coraz bliżej Harry'ego. Zdenerwowany Potter szarpnął ręką w bok, a oba promienie uderzyły w ścianę obok. Widok przesłonił im tuman kurzu, a chwilę później z drugiego końca areny Harry usłyszał świst następnego czaru. Padł plackiem na ziemię, unikając trafienia i machnął różdżką, aby pozbyć się pyłu.

   Błysk stał na środku areny z dość widocznym niepokojem na twarzy. To, że już któryś raz z rzędu Potter wiedział, gdzie chłopak się pojawi, nie mogło być czystym przypadkiem i chłopak doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Lekko przerażała go ta myśl, ponieważ jeszcze nikt nie odkrył tajemnicy jego szybkiego przemieszczania się. Harry, jakby czytając w jego myślach, powiedział:

   — Tak, znam twój słaby punkt. Już niczym mnie nie zaskoczysz. Zakończmy to wreszcie.

   — Jak sobie życzysz, Potter — wysyczał młodzieniec.

   Harry rzucił w jego stronę zaklęcie cięcia. Błysk zniknął, a Wybraniec natychmiast spojrzał w prawo. Przeciwnik odbił jego czar, ponownie zmieniając pozycję. Harry zaatakował Drętwotą, a kiedy chłopak znów się przemieścił, natychmiast rzucił kolejne zaklęcie. Błysk nie zdążył się obronić i fioletowy promień uderzył go w pierś. Młodzieniec wytrzeszczył oczy i uklęknął, a jego twarz zrobiła się sina. Harry dostrzegł swoją szansę, toteż mocniej ścisnął miecz i pobiegł w kierunku Błyska, podnosząc ostrze do góry. Tamten widząc, że Potter się zbliża oraz będąc niezdolnym do uniku, zamknął oczy, czekając na śmierć, lecz ta nie nadchodziła. Zamiast tego poczuł, że oddycha mu się coraz łatwiej. Wreszcie podniósł powieki do góry i ujrzał czubek klingi tuż przy swojej piersi. Zdziwiony spojrzał na Pottera i dostrzegł w jego oczach przerażenie. Uśmiechnął się z kpiną i powiedział:

   — Jesteś niesamowity, Potter. Po tym wszystkim co zobaczyłeś, po naszej walce, ty wciąż masz opory przed odebraniem życia?

   Oczy Harry'ego zwęziły się, a dłoń mocniej zacisnęła na klindze. Jednak nie mógł pchnąć swojej ręki, mimo że chłopak był jego wrogiem i z pewnością bez wahania by go zabił, to on nie mógł tego zrobić. Błysk zaczął złośliwie rechotać.

   — Ta chwila zmieni wszystko, Harry. Czy tego chcesz, czy nie, dzisiaj splamisz swoje ręce krwią. Ja i tak jestem już niezdolny do walki. No dalej, zabij mnie!

   Błysk ciągle rechotał i wyśmiewał się ze słabości Harry'ego. A Wybraniec tylko stał i patrzył na niego, aż wreszcie opuścił miecz i powiedział:

   — Nie. To co się z tobą stanie jest mi obojętne, ale nie zabiję cię. I tak już przegrałeś, a ja mam jeszcze coś do zrobienia.

   Uśmiech zniknął z twarzy Błyska, ustępując miejsca wściekłości. Kiedy Harry chciał się odwrócić i odejść, złapał go za rękę, a potem chwycił w dłoń klingę jego miecza.

   — Jak już powiedziałem, dzisiaj przelejesz krew. Będziesz żył ze świadomością, że odebrałeś komuś życie. To mój ostatni cios wymierzony w twoją stronę.

   Zanim Harry zdążył zareagować, Błysk szarpnął jego ręką, tak że ostrze miecza wbiło się w jego brzuch. Przerażony Harry natychmiast puścił rękojeść, ale było już po fakcie. Młodzieniec uśmiechnął się z triumfem, a potem resztkami sił skierował swoją różdżkę w stronę metalowych krat.

   — Radzę ci uciekać, jeżeli chcesz żyć. Nie dam wam tej satysfakcji pozwalając badać swoje ciało po mojej śmierci.

   Rzucił zaklęcie wybuchające, tworząc wielką dziurę, przez którą natychmiast wyskoczyły psy. Harry rzucił się do ucieczki. Gdy był już na schodach, usłyszał krzyki Błyska, które świadczyły, że posłużył zwierzętom za kolację. Jeden z czworonogów wbiegł za nim na schody, ale Harry odepchnął go zaklęciem. Będąc u wyjścia z areny rzucił czar wybuchający na stopnie. Obserwował, jak psy rozszarpują ciało chłopaka na kawałki. Odwrócił się i zwymiotował. Ręce okropnie mu się trzęsły, a nogi miał jak z waty. Przeklęty głosik w jego głowie ciągle powtarzał mu, że jest mordercą i na nic zdały się tłumaczenia, że przecież to Błysk przebił się jego mieczem i tak naprawdę to zwierzątka odwaliły brudną robotę. Nie pamiętał, kiedy znalazł się przy bramie prowadzącej na cmentarz, ani dalszej drogi do krypty, w której na jednym z sarkofagów spoczywała oprawiona w czerwoną skórę księga. Ostatnią rzeczą jaką zarejestrował była jego dłoń chwytająca książkę, a potem poczuł szarpnięcie i zemdlał.

___________________________________________

I wreszcie jest kolejny rozdział, niestety ponownie z dużym poślizgiem czasowym. Zostaje mi tylko przeprosić Was za to opóźnienie i liczyć na łagodny wymiar kary :D Nie obiecuję, że to już nigdy się nie powtórzy, gdyż już kiedyś to zrobiłem i jak widać słowa nie dotrzymałem, więc daruję sobie wszelkie zapewnienia :) Tak czy siak mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu oraz że wyrazicie swoją opinię w komentarzach :)

Do usłyszenia!
Mrs Black bajkowe-szablony