niedziela, 25 czerwca 2017

Rozdział 22 "Żniwiarze: Początek"


Rozdział zbetowany przez:  black opium.



— Dajesz, Potter, powtarzaj całą sekwencję jeszcze raz.

  Harry westchnął z irytacją, ale posłusznie wstał. W dłoni ściskał wielki stalowy miecz. Od paru godzin wywijał nim jak kretyn, tnąc powietrze. Natomiast jego nauczyciel siedział oparty o pień pobliskiego drzewa i zajadał się czekoladowymi żabami, co jakiś czas dając Harry'emu jakieś rady. Gryfon czuł, iż jego prawa ręka zaraz odpadnie. Zacisnął zęby i ponownie zaczął machać mieczem. Cięcie z góry, odskok, cios od dołu z prawej strony, obrót, zasłona. Po kilkunastu następnych próbach rzucił klingę na ziemię i powiedział:
— Dosyć, naprawdę nie mam już siły.
— Taak. — Aidan kiwnął głową. — Zauważyłem. Będę ci musiał zorganizować jakieś treningi siłowe. No dobra, siadaj i odpocznij przez chwilę.
  Harry usiadł i wziął jedną z czekoladowych żab. Nic nie mówiąc, przeżuwał ją, równocześnie zastanawiając się, co Aidan jeszcze wymyśli. Tymczasem mężczyzna patrzył przed siebie pustym wzrokiem, pochłonięty swoimi myślami, nie zwracając najmniejszej uwagi na Gryfona. Czasami odwracał głowę i patrzył w kierunku zamku. Wreszcie przeniósł wzrok na Harry'ego, który zaczynał już zasypiać.
— Całkiem nieźle sobie radzisz — zaczął. — Opanowałeś już kilka całkiem przydatnych zaklęć. Poprawisz tylko swoją siłę, nauczysz się machać tym żelastwem, opanujesz niewybaczalne oraz czarną magię i myślę, że będziesz mógł przystąpić do prób.
— Niewybaczalne? — powtórzył Harry. — Nie chcę się ich uczyć.
— Niestety, nie masz wyboru — powiedział mężczyzna. — Musisz je opanować. To, czy będziesz ich używał czy też nie, zależy od ciebie, ale znać je musisz.
— Ale nie będę musiał nikogo zabijać? — upewnił się Potter.
— Nie, nie będziesz musiał — odrzekł, a potem dodał półgłosem, tak aby chłopak nie usłyszał. — Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Co to za próby? — zapytał Harry.
— To trzy zadania zlecane przez trzech mistrzów Salamandry. Każdego roku są inne, więc nie wiem, na co trafisz. Mają one na celu sprawdzenie, czy potrafisz wykorzystać nabytą przez ciebie wiedzę w realnej walce.
— W realnej walce? — Harry się zdziwił. — Wyślą nas na jakąś bitwę?
— A coś ty myślał? — Aidan się roześmiał. — Oczywiście, że tak. Bez obaw, będą z wami również doświadczeni członkowie Salamandry. Będziesz się tym martwił, jak przyjdzie czas. Odpocząłeś? To zabieraj się do ćwiczeń.
  Harry niechętnie wstał i znów wziął oręż w dłonie. Ponownie ciszę przerywał jedynie świst miecza.
***
  Wieczorem Harry szykował się na spacer z elfką. Kaspar co chwilę rzucał jakieś dwuznaczne aluzje dotyczące jego wyjścia z dziewczyną. Harry tylko przewracał oczyma i zdecydował, iż najlepszym wyjściem będzie całkowite ignorowanie chłopaka. Kiedy był już całkowicie gotowy, wyszedł z zamku i skierował się do Dębowej Doliny. Już z daleka zobaczył Luthien, która na niego czekała. Podszedł do niej i przywitał się. Ona odpowiedziała mu uśmiechem i ruszyli leśną ścieżką.
— Zmierzamy do jakiegoś konkretnego miejsca? — wypytywał Harry.
— Owszem — odparła Luthien. — Idziemy na drugą stronę lasu. Muszę zebrać kilka roślin do eliksirów oraz ziół dla Murdry na jutrzejszy obiad.
— Kogo?
— Tak ma na imię właścicielka gospody — wyjaśniła Luthien.
  Harry kiwnął głową i poszedł za przyjaciółką. Co jakiś czas ciszę zagłuszało pohukiwanie sów lub cykanie świerszczy. Idąca obok Luthien rozglądała się na boki, najwyraźniej czegoś szukając. Raz czy dwa zboczyła ze ścieżki, by po chwili wrócić z pękiem jakichś roślin. W końcu Harry zadał pytanie, które go nurtowało:
— Mówiłaś, że jesteś jedyną elfką w okolicy. Więc gdzie jest reszta?
— Żyją w ukryciu — odpowiedziała elfka. — Elfy zamieszkują wiele lasów na tym świecie. Bardzo rzadko mieszamy się w sprawy ludzi. Wolimy zajmować się swoimi problemami.
— A dlaczego nie jesteś razem ze swoimi?
— Chciałam zobaczyć coś więcej niż tylko drzewa i polany. Gdy osiągnęłam pełnoletność, opuściłam rodzinny dom i ruszyłam w świat, szukając przygód. Przywędrowałam tutaj i tak spodobało mi się to miejsce, że postanowiłam zostać tu na stałe.
— Jak wyglądają domy elfów? — zapytał Harry. — Kiedyś widziałem mugolski film, w którym elfy mieszkały na drzewach. To prawda?
— Nie. — Luthien zaśmiała się. — Mugole zbyt koloryzują inne rasy niż ludzie. Mamy normalne domy, tak jak wy. Różnica polega na tym, że wy budujecie je z cegieł lub kamienia, a my z gałęzi, liści oraz pni drzew.
— Coś jak szałasy?
— Mniej więcej — odparła dziewczyna. — Chociaż nasze domy są z zewnątrz ładniejsze niż pospolity szałas. A i wewnątrz są całkiem przytulne.
  W końcu doszli na skraj lasu. Harry ujrzał przed sobą wielką polanę, na której roiło się od różnokolorowych kwiatów oraz ziół. Dziewczyna wyjęła z kieszeni kartkę i podała ją chłopakowi.
— To wszystko znajdziemy właśnie tutaj — powiedziała. — Mam nadzieję, że wiesz, jak wyglądają te rośliny?
  Harry kiwnął głową. Większość z nich była mu znana z zielarstwa oraz eliksirów. Widząc, że Luthien oddaliła się od niego, westchnął i zaczął szukać.
  Próbował właśnie zlokalizować brzytwiaka zielonego, gdy usłyszał ciche skomlenie. Podniósł głowę i nasłuchując, zaczął się rozglądać. Skomlenie dochodziło zza wielkiego głazu, który leżał na jednym z krańców polany. Spojrzał na Luthien, aby upewnić się, że ta nie robi sobie z niego żartów, lecz jego towarzyszka była całkowicie pochłonięta walką z komarami. W końcu wyjął różdżkę i powoli skierował się w stronę, z której dochodził dźwięk. Okrążył kamień, a to, co tam zobaczył, sprawiło, że wytrzeszczył oczy. Przed nim leżało skulone... coś. Harry nie miał zielonego pojęcia, co to za stworzenie. Nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Zwierzę było wielkości niedźwiedzia, ale budową zupełnie go nie przypominało. Tułów pokryty był szarymi piórami, których długości pozazdrościłby mu nawet Hardodziob. Łapy były natomiast czarne, a także niezwykle grube i umięśnione. Głowa do złudzenia przypominała głowę kota. Wrażenie to potęgowały długie spiczaste uszy oraz duże okrągłe oczy. Harry, chcąc bliżej przyjrzeć się temu niezwykłemu okazowi, postąpił parę kroków do przodu. Stworzenie podniosło jednak łeb i zawarczało, odsłaniając długie kły. Potter cofnął się. Zwierzę przesunęło się o kilka metrów i dopiero wtedy Gryfon zauważył, co było przyczyną tego, że ciągle tkwiło w tym samym miejscu. Do jednej z łap przyczepione było coś, co wyglądało podobnie do mugolskich pułapek na niedźwiedzie. Pułapka różniła się tym, iż miała grube kolce, które wbijały się coraz głębiej w ciało zwierzęcia, ilekroć próbowało się z niej wydostać. Harry pomyślał, że stworzenie, mimo swojego dziwacznego wyglądu, jest śliczne. Wyprostował się i krzyknął:
— Hej, Luthien! Możesz tu przyjść?!
  Elfka odwróciła się w jego stronę i chwilę później była przy nim. Spojrzała w kierunku, który wskazywał Gryfon. Jej oczy rozszerzyły się i otworzyła szeroko usta. Koszyk z roślinami wypadł jej z rąk. Wciągnęła głęboko powietrze i wyszeptała:
— Niech mnie ktoś uszczypnie, przecież to nakadros.
— Naka...  co? - zapytał Potter.
— Nakadros — wyjaśniła Luthien. — Magiczne zwierzę, które żyje pod ziemią, z dala od ludzi.
— I co jest takiego wyjątkowego w tym zwierzęciu? — dopytywał Harry.
— Wszystko — odparła podniecona elfka. — Jego ślina jest składnikiem wielu cennych eliksirów. Pióra nakadrosa są warte fortunę na czarnym rynku. Jego krew ma identyczne właściwości jak smocza. A jeżeli uratujesz nakadrosowi życie, to w razie zagrożenia on odpłaci ci się tym samym.
— Chcesz powiedzieć, że będzie walczył u boku osoby, która go uwolni?
— Niezupełnie — odparła Luthien. — Jak by ci to wytłumaczyć? Znasz mugolskie opowieści o złotej rybce, prawda? Jak taką złapiesz i ją wypuścisz, musi spełnić twoje trzy życzenia. To mniej więcej to samo.
— Czyli spełni moje życzenia?
— Życzenie — poprawiła go Luthien. — Pomoc nakadrosa jest jednorazowa, ale i tak się opłaca. Mają bardzo czuły węch, a swoimi kłami potrafią rozerwać ofiarę na strzępy.
— W takim razie jak możemy go uwolnić?
— To wygląda na prostą pułapkę, ale na pewno jest wzmocniona zaklęciami. Daj mi chwilę.
  Elfka wyciągnęła różdżkę i ostrożnie podeszła do zwierzęcia. Stworzenie było nieufne. W miarę jak Luthien się do niego zbliżała, nakadros głośniej warczał i mrużył oczy. W końcu dziewczyna cofnęła się.
— Jest strasznie nieufny — powiedziała. — Nie będę ryzykować, że się na mnie rzuci albo coś. Trzeba go jakoś udobruchać.
— Może dajmy mu coś do jedzenia? — zasugerował Potter. — Przez żołądek do serca, prawda?
— Czasami przyjdzie ci coś mądrego do głowy — stwierdziła Luthien ze złośliwym uśmiechem. — Niech pomyślę. Czytałam kiedyś, że nakadrosy żywią się głównie szczurami i wężami. Poczekaj tu na mnie, zaraz wracam.
  Nim Harry zdążył odpowiedzieć, elfka odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę Dębowej Doliny. Gryfon został sam na sam ze zranionym zwierzęciem. Nie próbował do niego podchodzić, tylko stał i patrzył prosto w jego miodowe tęczówki. Stworzenie odwzajemniło gest. W końcu Harry przemówił, nie wiedząc nawet, czy zwierzę go rozumie:
— Niedługo cię uwolnimy, wytrzymaj jeszcze chwilę. Zaraz przyjdzie Luthien i razem coś wymyślimy.
  Kilkanaście minut później zobaczył elfkę z wiadrem w ręce. W środku znajdowało się trochę zdechłych szczurów. Harry miał wielką ochotę zapytać, skąd dziewczyna je ma, ale uznał, iż to może poczekać. Tymczasem Luthien podała mu wiadro i powiedziała:
— Idź i go nakarm, ja tu poczekam.
— Co?! — krzyknął Harry. — Dlaczego ja?!
— Bo ja nie zamierzam się narażać. — Dziewczyna wyszczerzyła się. — A poza tym wygląda na to, że ciebie lubi bardziej.
  Stwierdzenie elfki było prawdziwe. Kiedy Harry powoli podszedł do nakadrosa, ten zaczął cicho na niego warczeć, lecz nie tak bardzo, jak wcześniej na dziewczynę. Potter z obrzydzeniem wyciągnął truchło jednego ze szczurów i rzucił go pod nos zwierzęcia. Stworzenie powąchało pokarm, a potem otworzyło szczękę i zaczęło go przeżuwać. Opróżniwszy całe wiaderko, stworzenie oblizało wargi i patrzyło na Pottera, jakby z nadzieją, że chłopak ma więcej szczurów. Jednak Harry odstawił kubeł i zapytał:
— Dasz nam teraz obejrzeć tę pułapkę?
  Nakadros lekko skinął głową i wystawił zranioną łapę. Harry i Luthien podeszli, aby się przyjrzeć. Dziewczyna ponownie wyciągnęła różdżkę oraz mruczała pod nosem jakieś zaklęcia. W końcu wstała i powiedziała:
— Tak jak myślałam. Na pułapkę zostały założone zaklęcia ochronne. Jeśli spróbujemy zdjąć to siłą, zaklęcie się aktywuje, a on zginie od porażenia prądem. Najpierw trzeba zdjąć klątwę, a potem będziemy musieli podważyć czymś kleszcze. Zdejmij zaklęcia, a ja poszukam czegoś, co posłuży nam za dźwignię.
  Harry wyjął różdżkę i zaczął mruczeć pod nosem przeciwzaklęcia. Podczas tej próby Potter przekonał się, że najprostsze rozwiązania czasami są najbardziej skuteczne. Na początku rzucał skomplikowane czary, które podpatrzył w Hogwarcie oraz u Aidana. Gdy to nie pomogło, zdesperowany wymamrotał proste Finite, co sprawiło, że nad pułapką rozbłysła fioletowa mgiełka, która po chwili zniknęła. Tymczasem Luthien wróciła z długim kijem. Podała go Harry'emu, który ostrożnie wsadził go między kleszcze pułapki. Metalowe szczęki rozchyliły się, ale kij wyślizgnął się z dłoni Wybrańca. Kolce znów wbiły się w łapę nakadrosa, który głośno zaryczał i szarpnął się. Harry spróbował jeszcze raz. Powoli podważał kleszcze, aż w końcu zwierzę uwolniło swoją łapę. Nakadros próbował wstać, lecz rana była zbyt głęboka. Tym już zajęła się Luthien. Z podręcznej torby wyjęła jakąś maść oraz bandaże i zabrała się do robienia opatrunku.
  Po skończonej czynności zwierze ukłoniło się jej i podeszło do Pottera. Popatrzyło mu głęboko w oczy, a potem odwróciło głowę i wyrwało zębami jedno pióro ze swojego grzbietu. Rzucił je do nóg Pottera, a Gryfon natychmiast je podniósł. Następnie stała się rzecz nieoczekiwana. Zwierzę przysunęło swój łeb do Harry'ego i lekko ugryzło go w przegub. Zaskoczony chłopak cofnął się, a stworzenie tymczasem oblizywało wargi, na których była jego krew. Potem pokiwał głową i zaczął kopać. Elfka i czarodziej patrzyli jak stworzenie znika w wykopanym dole, aby powrócić do swojego podziemnego domu. W końcu Harry odwrócił się do Luthien i zapytał z wyrzutem:
— Dlaczego mnie ugryzł?!
— Musiał posmakować twojej krwi, aby cię zapamiętać. Pióro, które ci podarował, jest czymś w rodzaju medium, które zaprowadzi go do ciebie, gdy wezwiesz go na pomoc. Musisz tylko spuścić na nie parę kropel swojej krwi. Wtedy znajdzie cię po zapachu.
— Ale jak? Skąd będzie wiedział, że użyłem tego pióra?
— Nie wiem, ale one to wyczuwają — odparła Luthien. — To świat magii, Harry. Tu wszystko jest możliwe. Schowaj to pióro i użyj go tylko w ostateczności. Pamiętaj, możesz go użyć tylko raz.
  Harry zmniejszył pióro zaklęciem oraz schował je do kieszeni spodni. Razem z Luthien uzbierali brakujące rośliny i wrócili ścieżką do Dębowej Doliny. Gdy pożegnał się z Luthien i podziękował jej za pomoc, skierował się do zamku Salamandry. Doszedłszy do swojego pokoju, rzucił się na łóżko i zapadł w głęboki sen.
  Minęło kilka dni. Przez ten czas Wybraniec wciąż trenował pod czujnym okiem Aidana. Harry zdążył się przekonać, że mimo niestosownego hobby, Zboczony Mądrala, jak złośliwie Wybraniec go nazywał, jest człowiekiem, z którym należy się liczyć. Również coraz śmielej mu się odgryzał, co doprowadzało jego mentora do szewskiej pasji. Za karę mężczyzna dawał mu takie ćwiczenia, po których na jakiś czas przechodziła mu ochota do żartów.
  Oprócz tego bardzo zżył się z Martinem i Kasparem. Przez te kilka dni Potter zauważył, że czuje się w ich towarzystwie lepiej niż z Ronem i Hermioną. Mógł z nimi porozmawiać na wszystkie tematy, żartować i wygłupiać się. Przy Ronie musiał uważać na każde słowo, ponieważ rudzielec nigdy nie przyjmował do wiadomości, iż Harry może mieć inne zdanie niż on. Hermiona natomiast mówiła ciągle albo o nauce, albo o przestrzeganiu regulaminu, co było bardzo męczące i nierzadko irytujące. Z chłopakami nie było tych problemów. Martin, tak samo jak Hermiona, lubił się uczyć oraz osiągać najwyższe wyniki, ale w przeciwieństwie do niej rozumiał, że musi też być w życiu czas na zabawę. Kaspar natomiast był absolutnym przeciwieństwem Rona. Harry był w niemałym szoku, gdy pewnego wieczoru Belg oznajmił mu, że zna rodzinę Malfoyów. Pan Malfoy oraz pan Burrows mieli wspólne interesy za granicą. Często przyjeżdżał do nich wraz ze swoim synem, Draconem, aby skonsultować się z ojcem Kaspara. Chłopcy lubili się, lecz gdy wyszło na jaw, komu służy Lucjusz Malfoy, pan Burrows zerwał z nim wszelkie kontakty. Od tej pory nie widział młodego Malfoya. Harry opowiedział mu, że blondyn jest jego wrogiem numer jeden w Hogwarcie. Dodał, iż prawdopodobnie Draco pójdzie w ślady swojego ojca. Na to stwierdzenie Kaspar tylko wzruszył ramionami i powiedział, że wszystko może się zdarzyć. Więcej nie wracali do tego tematu.
  Pewnego dnia wezwano wszystkich uczniów na główny dziedziniec. Stali tam wszyscy nauczyciele Salamandry. Trzydziestu uczniów wlepiało w nich wzrok, zastanawiając się, co może być przyczyną tego dziwnego zebrania. Karrypto i Meredith szeptali cicho między sobą. Gdy wszyscy się ustawili, Karrypto wyszedł na środek i przemówił:
— Zapewne zastanawiacie się, dlaczego was tu wezwaliśmy. Otóż ja, mistrz Dartan oraz mistrzyni Meredith postanowiliśmy urozmaicić nieco waszą naukę. Dlatego wymyśliliśmy pewną zabawę. Chodźcie za nami.
  Długi sznur uczniów ruszył za prowadzącymi ich nauczycielami. Skierowali się ścieżką na wzgórza rozciągające się poza zamkiem. Uczniowie szeptali między sobą, zastanawiając się na czym ma polegać ta zabawa. Wysnuwali rozmaite przypuszczenia, jedne bardziej irracjonalne od drugich. Z czasem na ich twarzach pojawiały się oznaki podekscytowania i niecierpliwości. Jak najszybciej chcieli dowiedzieć się szczegółów, przez co droga dłużyła im się niemiłosiernie. Harry próbował podpytać Aidana, lecz ten nie chciał puścić pary z ust. Po kilkunastu minutach doszli do wielkiego betonowego ogrodzenia. Przed nim rozmieszczono kilkanaście namiotów. Przy wejściu do każdego z nich widniała tabliczka z trzema nazwiskami. Harry'emu cały ten krajobraz skojarzył się z polem namiotowym oraz stadionem, które widział rok temu na Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Przez chwilę nawet przeszło mu przez myśl, iż jest dokładnie w tym samym miejscu, ale zaraz wyrzucił tę irracjonalną myśl z głowy. Tymczasem znowu stanął przed nimi Karrypto i powiedział:
— Stoicie teraz przed placem treningowym numer siedem. Wiele lat temu to właśnie tutaj uczniowie zdawali swoje próby. Jednakże byliśmy zmuszeni go zamknąć, ponieważ wielu kadetów traciło na nim życie. Na środku placu znajduje się krypta, w której umieściliśmy pewną bardzo ważną księgę. Co więcej, cały plac najeżony jest przeróżnymi pułapkami. Zostaniecie podzieleni na trzyosobowe drużyny. Waszym zadaniem będzie odnalezienie księgi i wrócenie z nią do punktu startu. Na wykonanie zadania macie cały dzień. Jeżeli ktoś z was będzie chciał się wycofać, niech wystrzeli ze swojej różdżki czerwone iskry. To idealna okazja, abyście mogli przetestować wasze umiejętności w prawdziwej walce, a nie na treningu, gdzie powtarzacie jedynie utarte schematy. W tych namiotach będziecie mogli odebrać niezbędne wyposażenie. Macie na to pół godziny.
  Uczniowie rozeszli się, gorączkowo rozmawiając między sobą. Podekscytowanie, które widniało na ich twarzach, gdy tutaj zmierzali, ustąpiło miejsca niepokojowi. Niektórzy zaciskali nerwowo wargi oraz gorączkowo przypominali sobie wszystkie nabyte umiejętności. Byli też tacy, którzy zdawali sobie sprawę z tego, iż pojawiła się przed nimi okazja do zaprezentowania swoich umiejętności, a także wywarcia wrażenia na mistrzach. Harry, Martin i Kaspar odszukali swój namiot. Weszli do środka; tam przywitał ich niski staruszek z przerzedzonymi, siwymi włosami. Wręczył im pokaźnych rozmiarów zawiniątka oraz wskazał trzy parawany, za którymi mogli się przebrać. W pakunku znajdowała się długa czerwono-czarna szata, krótki miecz, kilka eliksirów oraz czerwony klucz. Potter przebrał się i wyszedł z namiotu. Gdy dołączyli do niego współlokatorzy, całą trójką skierowali się pod bramę. Po upływie wyznaczonego czasu na środek wyszedł mężczyzna w średnim wieku z białą przepaską na prawym oku. Rozejrzał się po twarzach zgromadzonych i rzekł:
— Skoro wszyscy są już gotowi, zaczynamy nasze zawody. Jak wcześniej powiedział Karrypto, w krypcie na samym środku placu jest skrzynia, a w niej księga, którą macie przynieść. Aby otworzyć skrzynię, będziecie potrzebowali dwóch kluczy, czerwonego oraz zielonego. Każda z drużyn otrzymała jeden, więc aby zdobyć drugi, będziecie musieli zabrać go przeciwnikowi. Żeby was uspokoić, dodam również, że pułapki znajdujące się na tym placu nie powinny być dla was żadnym problemem, jeżeli do tego czasu pilnie trenowaliście pod okiem waszych nauczycieli. Gdy znajdziecie się po drugiej stronie bramy, macie iść cały czas prosto, aż dojdziecie do rozwidleń. Wtedy każda z drużyn wybierze inną drogę i dopiero wówczas będziecie mogli zacząć rywalizację o klucze. Jeżeli ktoś zaatakuje przed rozwidleniem, zostanie zdyskwalifikowany. Życzę wam powodzenia i udanej zabawy.
  Mężczyzna zszedł z podestu i skierował się do Karrypto oraz Meredith. Pięć minut później brama otworzyła się i wszyscy uczniowie ruszyli naprzód. Po drugiej stronie muru krajobraz wyglądał zupełnie inaczej. Zielone równiny zostały zastąpione przez gęsto rosnący las oraz dzikie rośliny. Cały teren pogrążony był w półmroku, gdyż światło słoneczne nie mogło przebić się przez gęste korony drzew. Po kilku minutach marszu dotarli do miejsca, gdzie główna ścieżka rozchodziła się na kilkanaście pobocznych. Każdy z nich poszedł inną drogą. Harry i jego koledzy wybrali tę po lewej stronie. W końcu zostali we trójkę. Pierwszy odezwał się Kaspar:
— Ale jazda, co nie? — zapytał. — A my narzekaliśmy, że to będzie kolejny nudny dzień.
— Mam nadzieję, że mistrzowie szybko uporają się ze swoimi sprawami — powiedział Martin.
— Co masz na myśli? — zapytał Harry.
— Chyba nie wierzycie, że cała ta szopka jest po to, aby nas przetestować? — odpowiedział pytaniem Martin. - Gdyby chodziło im tylko o sprawdzenie naszych umiejętności, to urządziliby najzwyklejsze w świecie pojedynki. Poza tym przez cały czas Karrypto, Meredith i Dartan gorączkowo między sobą szeptali. Mało tego, gdy tutaj szliśmy, wszyscy nauczyciele wydawali się poddenerwowani i spięci. Moim zdaniem cała ta zabawa jest tylko po to, aby pozbyć się z zamku wszystkich uczniów na cały dzień.
— Ale po co mieliby się nas pozbywać?
— To bardzo dobre pytanie, Harry — powiedział Martin. — Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale nie gadajmy teraz o tym. Skupmy się lepiej na znalezieniu klucza.
  Harry i Kaspar kiwnęli głowami, toteż cała trójka ruszyła dalej. Jednak Martin cały czas marszczył brwi w zamyśleniu. Gdzieś z oddali dał się słyszeć huk zaklęć. Oznaczało to, że niektórzy znaleźli już swoich przeciwników.
  Chłopcy przyspieszyli kroku i zniknęli w gęstych zaroślach. Dzięki zaklęciu tropiącemu Kaspara szybko zlokalizowali swój cel. Wciąż zachowując czujność, szli na konfrontację z przeciwnikiem.