sobota, 21 kwietnia 2018

Rozdział 27 „Trzy linie serca”

7 komentarzy:
Cześć! Tak jak obiecałem wstawiam dziś kolejny rozdział, niestety bez poprawek :( W każdym razie mam nadzieję, że będzie się go Wam przyjemnie czytało. Oby to była tylko jednorazowa sytuacja. W związku z sytuacją w jakiej się znajduję, nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy pojawi się następny rozdział. Liczmy na to, że całkiem niedługo :) Zapraszam do czytania!

Rozdział nie betowany!

 ***

   Harry'ego obudziły podniesione głosy. Uchylił powieki i rozejrzał się. Przez moment nie miał pojęcia, gdzie się znajduje i dlaczego niemal każda część jego ciała jest zabandażowana. Dopiero po kilku minutach przypomniał sobie wszystko i gwałtownie wstał z łóżka. Od razu pożałował tego pomysłu, ponieważ przez jego plecy i tors przeszły skurcze bólu. Z głośnym jękiem opadł na poduszkę, a sekundę później stanęła przy nim Meredith.
   — O, Harry. Nareszcie się obudziłeś.
   — Musimy się pośpieszyć! — Harry od razu zaczął krzyczeć. — Zaatakowano nas, tam na placu! Musicie wysłać pomoc, tam są Martin, Kaspar i pozostali, te świry ich zabiją i…
   — Uspokój się. — Meredith delikatnie, ale stanowczo popchnęła go na łóżko. — Wszyscy są już bezpieczni. Masz nieco przestarzałe informacje.
   — Nie, pani nic nie rozumie. — Harry wydawał się nie pojmować sensu słów mistrzyni. — Oni są niebezpieczni, udało mi się powstrzymać jednego z nich, ale pozostała dwójka…
   — Harry! — Meredith podniosła głos. — Spokojnie, na Merlina, bo obudzisz innych.
   Harry rozejrzał się i dopiero teraz zobaczył, gdzie się znajdował. Wyglądało to na prowizoryczny szpital znajdujący się w wielkim namiocie. Na łóżkach, ułożonych rzędami po obu stronach izby, leżało kilku innych ludzi. Część z nich spała, inni przeglądali gazety, a pozostali po prostu gapili się w sufit. Starszy mężczyzna, zajmujący posłanie obok Harry’ego, przyglądał mu się z dezaprobatą i mruczał pod nosem coś o krzykliwej młodzieży.
   — Gdzie my jesteśmy? — zapytał zdezorientowany.
   — W prowizorycznym szpitalu, niedaleko naszej siedziby — odpowiedziała Meredith, zmuszając go do wypicia kilku eliksirów. — Znaleźliśmy cię nieprzytomnego tuż przed wejściem na plac ćwiczebny. Pozostali też są bezpieczni.
   — A Martin i Kaspar?
   — Pan Frillock opuścił szpital dwa dni temu, a rodzice pana Burrowsa zabrali go do prywatnego uzdrowiciela. Byli wściekli, że ich syn cudem uniknął śmierci w miejscu, które ponoć jest najbezpieczniejsze na świecie.
   Harry odetchnął z ulgą, ponieważ z tego co powiedziała Meredith wynikało, że obaj żyją. Nagle zmarszczył brwi, kiedy coś sobie uświadomił.
   — Martin opuścił szpital dwa dni temu? To jak długo tu leżę?
   — Dziś mija drugi tydzień.
   — Co?! — krzyknął Harry, gwałtownie podnosząc głowę, co sprawiło, że poczuł się gorzej niż przed chwilą.
   — Spokojnie. — Meredith znowu popchnęła go na łóżko. — Miałeś liczne obrażenia, nie tylko zewnętrzne, ale także wewnętrzne. Konieczna była operacja, ale na jej czas musieliśmy cię uśpić. Powinieneś się cieszyć, że wybudziłeś się tak wcześnie, spodziewaliśmy się, że zajmie ci to kilka miesięcy.
   — Dwa tygodnie — Harry nie mógł w to uwierzyć. Przymknął oczy, kiedy głowa znów zaczęła go boleć i zmienił temat. — Ta trójka, która nas zaatakowała…
   — Zabraliśmy ciała dwójki z nich do laboratorium — wyjaśniła Meredith.
   — Czym oni byli? Wyglądali jak ludzie, ale ich zdolności…
   — Niestety, na to pytanie nie mogę ci odpowiedzieć — odparła Meredith. — Tajemnice ich umiejętności znamy my i czcigodny Ejnar. Bezpieczniej jest, gdy tylko cztery osoby o tym wiedzą.
   Harry milczał, a Meredith nagle uśmiechnęła się i powiedziała:
   — Muszę jednak przyznać, że ja, Dartan i Karrypto byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się, że sami ich pokonaliście. Naprawdę nam zaimponowaliście.
   — Ale i tak niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia.
   — To prawda. — Meredith pokiwała głową z poważną miną. — Chcieliśmy zapewnić wam bezpieczeństwo, w czasie gdy my będziemy walczyć tutaj, ale nie przewidzieliśmy tego, że wróg umknie naszym czujnym oczom. Uroczystość pogrzebowa odbyła się tydzień temu, a widok rodzin pogrążonych w żałobie na zawsze zostanie w mojej pamięci. To zawsze boli, kiedy przeciwnik okaże się sprytniejszy od ciebie.
   Meredith jeszcze raz zbadała Harry'ego i odeszła zająć się innymi pacjentami. Harry niespokojnie przekręcał się na boki. Zobaczył swój miecz leżący pod łóżkiem i wyrzuty sumienia uderzyły w niego niczym taran. Ciągle słyszał oskarżający głos Błyska, mówiący, że odebrał mu życie. Pokręcił głową i zamknął oczy, ale ani przez chwilę nie mógł pozbyć się złośliwego głosiku ze swojej głowy.


***

   Po dwóch dniach Meredith pozwoliła Harry'emu opuścić namiot. Wybraniec natychmiast się ubrał i wyszedł na powietrze, ale to, co zobaczył kompletnie zbiło go z nóg. Siedziba Salamandry, która wydawała mu się niezniszczalna i piękna teraz była tylko ruinami. Ściany zamku wyglądały jak ser szwajcarski, a powybijane okna kołysały się na wietrze. Czarodzieje starali się przywrócić budynkowi dawną świetność, ale nawet Harry zdawał sobie sprawę, że zajmie to trochę czasu. Na błoniach rozstawiono mnóstwo białych namiotów, które tymczasowo przejęły rolę pokoi, łazienek, kuchni i innych pomieszczeń.
   Harry usłyszał czyjeś wołanie. Odwrócił się i zobaczył Martina idącego w jego stronę. Uśmiechnął się i podszedł do niego, a przyjaciel dokładnie mu się przyjrzał i rzekł:
   — Widzę, że mocno ci się od nich oberwało. Mi też ten koleś dał w kość.
   — No popatrz — odezwał się Harry lekko ironicznym głosem. — A ja myślałem, że jesteś taki niezniszczalny, że samemu bez problemów pokonałbyś całą trójkę.
   Martin skrzywił się.
   — Widzę, że nie zapomniałeś wypomnieć mi tego, że wrzuciłem cię za bramę. Ale przecież ty też miałeś okazję powalczyć, więc nie byłeś aż tak pokrzywdzony, prawda?
   Harry pokręcił głową nic nie odpowiadając. Nie miał teraz ochoty na roztrząsanie tego, co wydarzyło się dwa tygodnie temu. Chciał o tym jak najszybciej zapomnieć, ale nie był przekonany, czy można szybko puścić w niepamięć to, że odebrało się komuś życie.
   — Jak się czujesz? — zapytał Martin.
   — Dobrze, jeszcze trochę kręci mi się w głowie, ale poza tym jest lepiej.
   — Chodziło mi o to, jak się czujesz z tym, że miałeś swój udział w tym wszystkim — wyjaśnił Martin. — Ja do tej pory nie mogę się pozbierać. Nie pomaga mi fakt, że tak naprawdę nawet go nie zabiłem tylko spetryfikowałem, ale dla mnie to na jedno wychodzi. Zająłem się pomaganiem w naprawach, aby o tym ciągle nie myśleć. Noce są najgorsze.
   Harry nic nie odpowiedział, udając, że zainteresował go siedzący na pobliskim kamieniu ptak. Nagle zobaczył Dartana, który rozmawiał z wysoką dziewczyną i wskazywał na coś palcem, a ona kiwała głową i robiła notatki. Przez bramę, prowadzącą na dziedziniec wszedł Karrypto. Kiedy mijał Dartana, Harry zauważył, że dwójka mistrzów rzuciła sobie krzywe spojrzenia. Podzielił się tym spojrzeniem z Martinem, na co chłopak poważnie pokiwał głową.
   — Mieli małą sprzeczkę — wyjaśnił Martin. — Chociaż słowo "mała" jest tu bardzo delikatnym określeniem. Słyszałem ich nawet w szpitalu. Dartan wyrzucał Karrypto, że ten zbagatelizował zagrożenie, przez co Greg i inni zginęli. Karrypto zaczął się tłumaczyć, na co Dartan powiedział, że nie będzie świecił za niego oczami i sam będzie musiał spojrzeć w twarz rodzinom poległych i powiedzieć im, co się stało. Meredith rozdzieliła ich w ostatniej chwili, bo chyba by się tam pozabijali.
   — Jakoś wcale mi go nie szkoda — oświadczył Harry.
   — Mnie też nie — zgodził się Martin. — Ale to nie jest nasza sprawa. Chodźmy się spakować.
   — Spakować? — zdziwił się Harry. — Po co?
   — Mistrzowie zarządzili, że do czasu odbudowy zamku zostaniemy odesłani do swoich szkół. Pewnie nie chcą, abyśmy przeszkadzali, kiedy oni będą doprowadzać to miejsce do porządku.
   Harry kiwnął głową i poszedł za Martinem. Pakowali się w milczeniu, każdy pogrążony w swoich własnych rozmyślaniach. Potter postanowił pójść za radą kolegi i postarać się zapomnieć o swoim pojedynku z Błyskiem. Zamiast tego skupił się na powrocie do Hogwartu, a konkretnie zastanawiał się, jak wytłumaczy Ronowi, Hermionie i innym zmiany, które przez ten czas w nim zaszły. Westchnął i usiadł na łóżku, chowając twarz w dłoniach. Nie wiedział, ile tak siedział, ale ponure myśli znów wróciły do jego głowy. Jednak tym razem nie roztrząsał tego, że zabił, ale to, co powiedział do niego Błysk tuż przed ich walką. Miał całkowitą rację, tyle razy stawał z Voldemortem twarzą w twarz i za każdym razem przeżył nie dzięki umiejętnościom, lecz szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zdawał sobie sprawę, że szczęście nie trwa wiecznie i postanowił w duchu, że jak tylko wróci do Hogwartu bardziej przyłoży się do nauki zaklęć i to nie tylko tych wymaganych na lekcjach. Skoro Błysk, będąc zaledwie rok starszym od Harry'ego, mógł stać się tak silny, to on także może to zrobić.

***

   Następnego dnia Harry wyszedł z namiotu i skierował się do Dębowej Doliny. Dziś w południe wszyscy uczniowie mieli zostać odesłani do swoich szkół, więc Harry postanowił wykorzystać czas, który mu pozostał, na błogim leniuchowaniu. Wiedział, że jak tylko wróci do Hogwartu znowu będzie musiał wpaść w szkolny rytm. Oprócz codziennych, kilkugodzinnych zajęć z Aidanem miał praktycznie wolny czas, więc czuł się, jakby dostał w prezencie dodatkowe kilka tygodni wakacji. Krążąc między zabudowaniami spotkał Luthien, która pomagała naprawiać okna w domu właściciela karczmy.
   — Cześć, Luthien. — Harry uniósł dłoń w geście przywitania.
   — Cześć — odpowiedziała dziewczyna, wciąż zajęta naprawą. — Poczekaj chwilę, skończę i pogadamy.
   Harry uważnie przyjrzał się elfce. Wyglądało na to, że ona też brała udział w bitwie, ale Potter nie zauważył u niej poważniejszych obrażeń, oprócz rozciętej wargi, kilku siniaków na rękach i opatrunku na łydce. Luthien w końcu schowała różdżkę do kieszeni i pokiwała głową z aprobatą,    szepcząc coś do karczmarza. Otyły staruszek wszedł do środka, a po chwili wrócił, niosąc w ręku duży dzbanek i dwa gliniane kubki. Dziewczyna odebrała od niego przedmioty i podeszła do Harry'ego.
   Przeszli między domkami i usiedli w centrum wioski, w cieniu olbrzymiego dębu. Luthien wlała zawartość dzbanka do kubków i podała jeden Harry'emu.
    — Jak się czujesz? — zapytała elfka.
    — W porządku, kilka stłuczeń i zadrapań, nic poważnego.
   — Ale się porobiło — westchnęła. — Gdy tu przyjeżdżałam, nigdy nie myślałam, że kiedyś zobaczę wioskę i okolicę w takim stanie, w jakim były dwa tygodnie temu. Na szczęście zdążyliśmy już trochę posprzątać. A jak tam u was? Słyszałam, że zejdzie wam trochę z naprawami.
    — Tak, dzisiaj odsyłają nas do siebie. Nie wiem dlaczego, przecież moglibyśmy pomóc.
   — Niby jak? — Luthien uniosła brwi. — Aby naprawić tak wielkie zniszczenia, nie wystarczy zwykłe Reparo. Oprócz zaklęć trzeba również użyć kilku mugolskich sposobów. Czary wszystkiego nie załatwią. Nie mieliby z was żadnego pożytku, więc żebyście nie zmarnowali tych kilku miesięcy, bo podejrzewam, że mniej więcej tyle to zajmie, to dają wam szansę na kontynuowanie nauki w waszych szkołach. A jak będziecie to z pewnością jakoś was wezwą.
   — A co z tobą? Będziesz pomagać przy odbudowie? — zapytał zaciekawiony.
   — Przez jakiś czas tak, ale wkrótce wracam do domu. Moja siostra wychodzi za mąż i nie wypada, abym nie była na jej ślubie. A potem jeszcze nie wiem co zrobię, może wrócę tutaj, a może pójdę gdzie indziej.
   Rozmawiali jeszcze chwilę, a potem Harry stwierdził, że musi już iść. Pożegnał się z elfką i skierował się na błonia, gdzie spotkał Aidana, który wychodził z jego namiotu.
   — O, tutaj jesteś — powiedział mężczyzna, kiedy go zobaczył. — Właśnie cię szukałem. Musisz się zbierać, mam cię odprowadzić do przejścia.
   Harry kiwnął głową i wszedł do środka, aby zabrać rzeczy i pożegnać się z Martinem. Po długich zapewnieniach, że będą w kontakcie listownym wyszedł z namiotu i udał się za Aidanem. Przemieszczali się zniszczonymi korytarzami w całkowitym milczeniu i dopiero kiedy stanęli przed wielkimi drzwiami, które jakimś cudem pozostały nienaruszone, Aidan powiedział:
   — Tutaj się rozstajemy. Informację o rozpoczęciu prób dostaniesz w liście. Tylko uważaj, aby nikt niepowołany go nie przeczytał.
   Harry kiwnął głową nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć, ale Aidan chyba nie oczekiwał żadnego odzewu. Odszedł zostawiając Pottera samego, a Harry otworzył drzwi i znalazł się w tej samej komnacie, w której był podczas swojej pierwszej wizyty. Duch Ejnara stał przy świecącym przejściu, przez które miał wrócić do Hogwartu. Kiedy do niego podszedł, Ejnar powiedział:
   — W końcu nadszedł ten czas. Mam nadzieję, że niezależnie od tego, co się stało, będziesz miło wspominał swój pobyt tutaj. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że poczyniłeś pewne postępy.
   — Ale to wciąż za mało. — Harry potrząsnął głową. — Za mało na Voldemorta i tego drugiego.
   — To prawda, czeka cię jeszcze wiele pracy, ale jestem pewny, że sobie poradzisz. Mimo wszystko już teraz jesteś niczego sobie. Pokonałeś jednego z ludzi mojego ojca, a on nie bierze na służbę byle kogo. To już jakiś wyczyn.
   — I przy okazji przyczyniłem się do odebrania mu życia. — Harry przymknął oczy.
   — Spodziewam się, że piętnastolatkowi nie jest łatwo żyć z tą świadomością. Nie wiem, jak podnieść cię na duchu. Obawiam się, że jeszcze nie raz będziesz zmuszony do przelania krwi. Właśnie w takich czasach przyszło nam żyć i choćbyśmy bardzo chcieli nic na to nie poradzimy. Pozostaje mieć nadzieję, że taki stan rzeczy nie potrwa wiecznie.
   Harry pokiwał głową zamyślony, aż nagle przypomniało mu się coś, co nie dawało mu spokoju.
   — Ci, którzy nas zaatakowali — zaczął szukając odpowiednich słów. — Byli jacyś dziwni, tak jakby nie byli całkowicie ludźmi. Jeden z nich miał siłę trolla, a drugi zabijał wzrokiem. Jak to możliwe?
   — Cóż, mój ojciec od zawsze lubił eksperymentować — powiedział Ejnar. — Łączył DNA ludzi i zwierząt i sprawdzał rezultaty. Oni byli jednymi z jego królików doświadczalnych. Mieli cechy różnych magicznych stworzeń: bazyliszków, trolli, feniksów, smoków i tak dalej. Dobra wiadomość jest taka, że w większości przypadków ci biedacy po prostu umierali, niestety kilkoro z nich przetrwało. Jest ich zaledwie garstka, ale i tak są bardziej niebezpieczni od zwykłego czarodzieja. No, Harry, czas już na ciebie. Wiesz co masz robić, prawda?
   Harry ruszył w kierunku przejścia, kiedy zatrzymał go głos Ejnara:
   — Pamiętaj, że ze względu na nałożoną pętlę czasu, pojawisz się w Hogwarcie dokładnie w tym samym momencie, w którym go opuściłeś.
   — Rozumiem — odpowiedział Potter i wszedł w przejście.
   Znalazł się w tym samym miejscu co wtedy. Szybko wszedł po schodach i wyszedł na korytarz. Posąg powrócił na dawną pozycję, zasłaniając przejście, a Harry przez chwilę stał w bezruchu, przypominając sobie, gdzie jest. Usłyszał głośne przekleństwa Filcha i miauczenie pani Norris. No tak, ostatnim razem schował się przed woźnym, zwabionym rozróbą Irytka. Szybko poszedł w przeciwną stronę, nie zamierzając ryzykować konfrontacji z mężczyzną. Bez problemu doszedł do dormitorium oraz najciszej jak mógł rozebrał się i położył do łóżka. Z dziwnym żalem w sercu zasnął.

***

   — Harry! Obudź się wreszcie!
   Harry leniwie otworzył oczy i zmarszczył brwi, widząc pochylającego się nad nim Rona. Jego umysł powoli przyswajał sobie, co się stało ubiegłej nocy i dlaczego znowu jest w Hogwarcie. Powoli uniósł się na łokciach i przeciągnął się. Znowu miał koszmary z Błyskiem w roli głównej. Przynajmniej trzy razy budził się w nocy zlany zimnym potem. Całe szczęście, że rzucił na łóżko zaklęcie wyciszające, bo nie mógł być pewien czy nie krzyczał, a nie zamierzał tłumaczyć się ze swoich koszmarów współlokatorom.
   Po głębokim westchnieniu Harry wstał z łóżka i ruszył w kierunku łazienki. Następnie, wraz z Ronem, zszedł na śniadanie. Hermiona już tam siedziała z nosem utkwionym w gazecie. Chłopcy przywitali się i sięgnęli po tosty z dżemem. Hermiona na chwilę oderwała się od pisma i spojrzała na nich, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy zobaczyła Harry'ego. Szybko zmierzyła go wzrokiem z góry do dołu, coraz bardziej mrużąc powieki. Harry, który bardziej czuł niż widział, że Hermiona gapi się na niego, poczuł się nieswojo. W końcu się odezwał:
   — Hermiono, czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
   — Czy ty bierzesz coś na przyrost mięśni? — zapytała zdziwiona panna Granger, a Harry aż wypluł sok. Spojrzał na nią jak na wariatkę, a ona kontynuowała. — Mogłabym przysiąc, że wczoraj nie miałeś takiej sylwetki.
   No tak, dwumiesięczne ćwiczenia z Aidanem poprawiły nie tylko jego zdolności bojowe. Harry natychmiast przeszedł w tryb obronny.
   — A skąd wiesz, jak moje mięśnie wyglądały wczoraj? — zapytał, unosząc w górę brwi.
   — Na pewno nie tak, jak teraz — Hermiona nie dała się zawstydzić. — Co ty robiłeś w nocy?
   — Kurcze, Hermiono, wyluzuj trochę — odpowiedział Potter. — Co mogłem robić? Chyba spałem, prawda? Jak chcesz to zapytaj Rona.
   — Co ja? — wtrącił się rudzielec.
   Ron najwyraźniej był całkowicie pochłonięty śniadaniem i nie zwracał uwagi na Harry'ego i Hermionę. Teraz patrzył na dwójkę przyjaciół z niezrozumieniem.
   — Nic, nic — odpowiedziała Hermiona, najwyraźniej chcąc porzucić temat. Pochyliła się do Harry'ego i wyszeptała. — Ja wiem swoje. Wczoraj wyglądałeś zupełnie inaczej.
   Ugryzła kawałek tosta i ponownie zasłoniła się gazetą. Harry kolejny raz zaczął kląć w myślach, tym razem na spostrzegawczość Hermiony. Drgnął, kiedy obok niego usiadły Lavender i Parvati. Dziewczyny spojrzały sceptycznie na jedzenie przy stole, a potem nalały sobie soku pomarańczowego i włożyły na talerz po jednej marchewce. Harry uniósł brwi do góry i powiedział:
   — Wy chcecie zjeść na śniadanie tylko to?
   — A co w tym dziwnego? — odparła wojowniczo Lavender.
   — Przecież tym nie idzie się najeść — odezwał się Ron, gapiąc się z niedowierzaniem na warzywo.
   — My jakoś możemy wytrzymać — odezwała się Parvati z dumnie uniesioną głową. Jej brzuch chyba myślał co innego, ponieważ Harry usłyszał głośne burczenie. Dziewczyna zarumieniła się i spojrzała na rudzielca. — Nie wtrącaj się, Ron.
   — Jak sobie chcecie. — Ron wzruszył ramionami. — Ja wezmę sobie jeszcze jednego kurczaczka.
   — Dziewczyny postanowiły się odchudzać — wyjaśniła Hermiona, podnosząc wzrok znad gazety. — I to nie jest taki zły pomysł. Sama myślałam o tym, aby zrzucić kilka kilogramów.
   Ron popatrzył na nią i pokiwał głową.
   — Przydałoby ci się — rzucił.
   — Coś ty powiedział? — Hermiona najeżyła się jak wściekła kotka.
   — No co? — bronił się. — Ja tylko…
   Urwał, widząc minę Hermiony. Harry złapał się za głowę, dziwiąc się głupocie przyjaciela. Nawet on wiedział, że dziewczynom nie wolno mówić takich rzeczy, bez znaczenia czy to prawda, czy nie. Hermiona mruczała coś pod nosem i odwróciła się plecami do Rona. Odsunęła swój talerz z tostami i zadowoliła się sokiem dyniowym.
   Po śniadaniu Harry, Ron i Hermiona udali się pod salę obrony przed czarną magią. Profesor Carter już na nich czekał. Potter zajął swoje miejsce i niemal natychmiast Malfoy rozpoczął swoje zaczepki. Harry westchnął w duchu, kiedyś może i by zareagował, ale po dwóch miesiącach w zamku Salamandry był bardziej opanowany. Niegdyś irytujące docinki Ślizgona teraz brzmiały po prostu żałośnie. Stwierdził, że najlepiej będzie jak poświęci Malfoyowi tyle uwagi, na ile ten zasługuje, czyli żadnej. Draco, widząc, że nic nie wskóra odpuścił, łypiąc wściekle na Harry'ego.
   — Dzisiaj zajmiemy się zaklęciem timoore. Kto wie, jak działa to zaklęcie?
   Ręka Hermiony wystrzeliła w górę, a kąciki ust Cartera uniosły się do góry, jakby się tego spodziewał. Wskazał na Hermionę:
   — Słucham, panno Granger.
   — To zaklęcie strachu. Sprawia, że osoba, która nim oberwie, ucieka w panice i nie może brać udziału w dalszej walce.
   — Bardzo dobrze, pięć punktów dla Gryffindoru. Dzięki niemu wasz przeciwnik będzie dość łatwym celem. Nie jest to może zbyt honorowe, aby w ten sposób wygrywać pojedynek, ale na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone, czyż nie? Na każdego człowieka urok działa zupełnie inaczej. Ktoś, dla kogo paniczny strach jest chlebem powszednim prawdopodobnie nie odczuje jego działania tak jak człowiek, który ze strachem nie ma praktycznie żadnej styczności. Podałem wam formułę, więc dobierzcie się w pary i do roboty. Dzisiaj jedna osoba rzuca czar, a na następnej lekcji robimy zamianę. Jeżeli będziecie mieli pytania, to śmiało.
   Uczniowie szybko i zgrabnie ustawili się dwójkami. Harry jak najszybciej doskoczył do Zachariasza, woląc ćwiczyć z nim niż z Malfoyem albo Rosalie. Rosalie najwidoczniej myślała podobnie, ponieważ wyprzedziła Harry'ego i przyciągnęła do siebie Puchona.
   — Hej! — warknął na nią Harry. — Ja pierwszy byłem z nim w parze! Spadaj do Malfoya!
   — Odwal się, Potter! — odparowała Rosalie. — To ja byłam pierwsza!
   — Chyba w alternatywnej rzeczywistości — prychnął Harry. — Zachary, byłem pierwszy, nie?
   — Ale chyba wolisz moje towarzystwo od jego, prawda? — zapytała Rosalie, nie czekając na odpowiedź Puchona.
   — Nooo.... — zająknął się Zachary. — Wiecie, w zasadzie to jest mi obojętne z kim…
   — Co się dzieje? — Carter wyrósł przy nich jak spod ziemi.
   — Nic, tylko Potter nie potrafi pogodzić się z tym, że byłam od niego szybsza — powiedziała Krukonka ze złośliwym uśmieszkiem.
   — Wcale nie byłaś szybsza! — zaprotestował wściekle Harry. — Chamsko się przede mnie wepchnęłaś!
   — Coś ci się uroiło. — Głos dziewczyny przesiąknięty był fałszywą słodkością.
   — Spokój — wtrącił się profesor Carter widząc, że Harry już otwiera usta. — Mam bardzo prosty sposób na rozwiązanie waszego problemu. Panie Smith, będzie pan ćwiczył razem z panem Malfoyem, a pan Potter i panna Patterson razem.
   — Dlaczego?! — krzyknęła cała trójka.
   — Minus pięć punktów za nieuzasadnione podnoszenie głosu. Koniec dyskusji.
   — Przecież to nie moja wina, że ta dwójka się kłóci! — protestował Zachariasz. — Dlaczego ja mam cierpieć i być w parze z Malfoyem?
   Malfoy, który stał z boku i obserwował całą scenę, uśmiechnął się jak psychol i zrobił dziubek w stronę Zachariasza. Puchon wzdrygnął się i jeszcze bardziej protestował, ale nauczyciel szybko go uciszył. Zrezygnowany podszedł do Malfoya, a Harry został razem z Rosalie.

***

   — Zabiję ją! — wściekał się Harry. — Zabiję, wypatroszę, poćwiartuję, zakopię, odkopię i znowu zabiję!
   Lekcja obrony przed czarną magią dobiegła końca. Harry rzucał w stronę Rosalie najróżniejsze epitety, a Ron z Hermioną próbowali go uspokoić. W zasadzie to Hermiona próbowała, bo Ron jedynie chichrał się pod nosem.
   — Uspokój się, Harry — mówiła Hermiona. — Jestem pewna, że nie zrobiła tego celowo.
   — Nie zrobiła tego celowo?! — krzyknął Potter. — Jak można przez przypadek pomylić zaklęcie strachu z zaklęciem żądlącym?! I to kilkanaście razy! A Carter uwierzył, że myliła formułki!
   Hermiona dostała nagle dziwnego ataku kaszlu. Harry spojrzał na nią morderczo, co jeszcze bardziej ją rozbawiło. Potter przeniósł wzrok na Rona, który, w przeciwieństwie do Hermiony, otwarcie się z niego nabijał. Pokręcił głową i powiedział urażonym tonem:
   — Nie gadam z wami.
   Przez resztę drogi do lochów nie odezwał się do przyjaciół ani słowem. Na eliksirach siedział jak struty i nawet nie chciało mu się odpowiadać na prowokacyjne zaczepki Snape’a. Przyglądał się nauczycielowi eliksirów, w myślach wyobrażając sobie, jak mówi do niego z wrednym uśmieszkiem, że przez pewną Krukonkę spadł na drugie miejsce w jego rankingu najbardziej znienawidzonych osób w szkole. Przeszło mu dopiero w porze obiadowej. Hermiona otworzyła Proroka Codziennego i wydała zduszony okrzyk.
   — Co tam piszą? — zapytał od niechcenia Harry.
   — Wybrali nowego ministra — odpowiedziała Hermiona z podnieceniem czytając artykuł.
   — Już? — zdziwił się Harry. — I kto nim został?
   — Jasne, że Osbourne — powiedział Ron. — Nikt nie miał z nim szans, facet jako jedyny nie bał się mówić otwarcie o przeciwstawieniu się Sam-Wiesz-Komu. A jeszcze ten atak śmierciożerców na jego dom w wakacje przysporzył mu popularności i powiększył grono jego wyborców.
   Inni uczniowie również rozmawiali o nowym ministrze. Jak zawsze w takich sprawach, głosy były podzielone. Jedni mówili, że to świetny wybór, a drudzy, że Charles Osbourne nie nadaje się do pełnienia tak ważnej funkcji i lepszy byłby jego konkurent. Harry'ego nie za bardzo to interesowało, więc szybko dokończył obiad i wstał od stołu.
   — A ty dokąd? — zapytał Ron. — Kolejne lekcje mamy dopiero za dwie godziny.
   — Idę do biblioteki — odpowiedział Harry.
   Widelec Rona z brzękiem spadł na podłogę.
   — Do biblioteki? Po co?
   Harry wzniósł oczy ku niebu i przemówił spokojnym tonem.
   — Po książkę, Ron, to chyba jasne.
   — No tak, jasne, tylko... Tylko dosyć dziwne. Prędzej spodziewałbym się tam Hermiony niż ciebie.
   — Hej! — oburzyła się Hermiona.
   — Zobaczymy się na transmutacji. — Harry postanowił nie wdawać się w żadne dyskusje z rudzielcem.
   W bibliotece przechodził między regałami, szukając książki z interesującymi urokami. Większość z nich zawierała opisy zaklęć, które były zawarte w programie edukacji. Harry poznał większość w trakcie swojego szkolenia. Z nadzieją sięgnął po "Zaklęcia ofensywne dla zaawansowanych" i uśmiechnął się z zadowoleniem widząc kilka ciekawych czarów. Trafił na inne księgi, które go zainteresowały. Włożył je do torby i spojrzał na wejście do działu ksiąg zakazanych. Postanowił, że którejś nocy go odwiedzi i sprawdzi, co dokładnie się tam kryje. A nuż będzie tam coś, co go zainteresuje. Chciał już wychodzić, kiedy wpadł na Ashley.
   — Cześć Harry — powiedziała dziewczyna, pakując książki do torby.
   — Cześć — odpowiedział Potter. — Dobrze się czujesz? Wyglądasz na zdenerwowaną.
   Rzeczywiście, wzrok Ashley był rozbiegany i zdawała się patrzeć wszędzie, ale nie na niego. Machnęła ręką i powiedziała:
   — Tak, wszystko w porządku, nie przejmuj się — odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu. — Po prostu mam ostatnio dużo na głowie. Muszę po prostu odrobinę wyluzować. Nauczyciele chyba powariowali. Jest dopiero koniec września, a oni zachowują się tak, jakbyśmy zdawali SUM-y już w przyszłym tygodniu. A co z tobą? Albo mi się wydaję, albo wyglądasz zupełnie inaczej niż wczoraj.
   — Wydaje ci się. — Szybko odparł Harry, a potem zbladł i pociągnął ją za rękę. — Chodźmy stąd.
   — Co? Dlaczego? — Ashley była zaskoczona zachowaniem Harry'ego, ale jak tylko zobaczyła kto za nią stał, natychmiast zaczęła chichotać. — Któż by pomyślał, że słynny Harry Potter, pogromca najsilniejszego czarnoksiężnika naszych czasów, będzie uciekał na widok piętnastoletniej Krukonki.
   — Ja wcale nie uciekam! — zaprotestował Harry. — Ja po prostu nie mam ochoty na rozmowy z nią.
   — Jasne. — Ashley znowu parsknęła śmiechem. — Ciekawa jestem, czym ty jej tak podpadłeś?
   — Też chciałbym to wiedzieć — skrzywił się Harry.
   — Ja myślę, że to dlatego, że jesteś facetem — oświadczyła Ashley.
   — A co ma do tego fakt, że jestem facetem? — zdziwił się Harry.
   — Moja współlokatorka kumpluje się z Rosalie i powiedziała mi, że straszna z niej feministka. Nienawidzi mężczyzn i za wszelką cenę próbuje pokazać, że może sobie poradzić bez nich. A niech tylko któryś odważy się zaprosić ją na randkę. — Ashley przeżegnała się. — Biada mu. Chyba tylko raz miała chłopaka, ale biedaczek nie wytrzymał psychicznie. Zerwał z nią w wakacje, wcześniej powiedziawszy dobitnie, co myśli o niej i jej zachowaniu.
   Hi, hi, hi zachichotał złośliwy głosik w głowie Harry'ego.
   — A ty czego szukałeś w bibliotece? — Ashley zmieniła temat.
   — Czegoś, co pomoże mi poznać nowe zaklęcia.
   — A po co ci taka książka? To znaczy, nie wystarcza ci to, co mamy na lekcjach?
   — Wiesz, doszedłem do wniosku, że najwyższa pora, abym sam zaczął się dokształcać — powiedział Harry. — Lepiej znać o jedno zaklęcie za dużo niż za mało.
   — Hmmm — Ashley wyglądała na zamyśloną. — Skoro już wspomniałeś o dokształcaniu to coś mi wpadło do głowy. Albo jednak nie zapomnij o tym, to strasznie głupie.
   — Jak zaczęłaś to skończ — uśmiechnął się Harry.
   — No dobra, ale masz się nie śmiać — zastrzegła Ashley. — Chyba każdy w tej szkole wie, dlaczego jesteś sławny, prawda?
   Harry przytaknął, nie bardzo wiedząc do czego dziewczyna zmierza.
   — W zeszłym roku wygrałeś Turniej Trójmagiczny, wcześniej pokonałeś bazyliszka, a z tego co słyszałam umiesz nawet wyczarować cielesnego patronusa. No i na obronie u Cartera radzisz sobie całkiem nieźle. Najlepiej z nas wszystkich, można by powiedzieć.
   — Do czego zmierzasz? — zapytał Harry.
   — Wielu uczniów ma problemy z opanowaniem zaklęć wymaganych w Hogwarcie, a co dopiero tych ponadprogramowych. Do tego zagrożenie ze strony Sam-Wiesz-Kogo powoduje, że każdy żyje w niemal ciągłym strachu. A gdybyś tak, no wiesz, podzielił się z innymi swoją wiedzą?
   — Czy ty proponujesz mi etat nauczyciela? — zapytał rozbawiony Harry.
   — Zaraz tam nauczyciela — żachnęła się Ashley. — Bardziej takiego, hmm, korepetytora? No wiesz, pokazałbyś kilku osobom parę sztuczek. Przy okazji i ty byś poznał kilka nowych zaklęć. Przecież ktoś inny może znać coś, czego ty nie miałeś okazji poznać. Taka pomoc w dwie strony. Co ty na to?
   — No nie wiem — wahał się Harry. — Nigdy nie byłem zbyt dobry w nauczaniu.
   — Pomyśl o tym — powiedziała poważnie Ashley. — Niektórym mogłoby to uratować skórę, a innym pomóc w zdaniu SUM-ów. I gwarantuje ci, że ty także miałbyś satysfakcję.
   Harry starał się tego nie okazywać, ale spodobał mu się ten pomysł. Wizja tego, że naprawdę mógłby komuś pomóc była bardzo kusząca. Obiecał sobie w duchu, że poważnie przemyśli tę kwestię. Ashley zdawała się czytać mu w myślach, bo uśmiechnęła się szeroko z lekkim błyskiem triumfu w oczach. Poczochrała go po włosach i rzekła:
   — Widzę, że moja propozycja nie jest jednak taka głupia jak myślałam. Jak coś to pamiętaj, że jestem pierwszą osobą w kolejce. A teraz chodźmy na transmutacje.
   Poszli razem pod drzwi klasy profesor McGonagall. Hermiona uniosła brwi widząc ich razem, ale nic nie powiedziała. Ron natomiast był zbyt zajęty błaganiem przyjaciółki o odpisanie pracy domowej, więc nie zawracał sobie głowy towarzyszką Harry'ego. Dopiero kiedy Hermiona warknęła na niego, że miał cały tydzień na napisanie tej pracy dał sobie spokój, mamrocząc pod nosem coś o przyjaciołach, na których nie można polegać. Panna Granger przybliżyła się do Harry'ego i szepnęła:
   — Mam już gratulować czy jeszcze się wstrzymać?
   — Co? — Harry uniósł brwi.
   — Ostatnio niemal ciągle widuję was razem, więc zastanawiam się…
   — Kumplujemy się — przerwał jej Harry, lekko się rumieniąc.
   — Ach. — Hermionie nie schodził z twarzy szeroki uśmiech. — No, skoro tak mówisz.
   Weszli do klasy. Profesor McGonagall usiadła przy swoim biurku i omiotła uczniów spojrzeniem. Harry nigdy nie lubił sposobu, w jaki Minerwa ich obserwowała. Jakby starała się przejrzeć ich na wylot i upewnić się, że nie posiadają żadnych tajemnic. Wiedział, że to irracjonalna myśl, ponieważ opiekunka Gryffindoru, niezależnie od tego jak bardzo była surowa, potrafiła również zrozumieć, że uczeń, tak jak każdy inny człowiek, ma prawo do swoich sekretów.
   — ... A co za tym idzie jest bardzo niebezpieczne. A teraz pan Potter powie nam, o czym mówiłam przez ostatni kwadrans.
   Hermiona szturchnęła Harry'ego, na co gwałtownie podniósł głowę. Cała klasa, łącznie z nauczycielką, wpatrywała się w niego. Harry uznał, że nie ma sensu udawać.
   — Przepraszam, pani profesor — rzekł skruszonym głosem. — Nie słuchałem.
   — To akurat zauważyłam, Potter — powiedziała nauczycielka. — A czy można wiedzieć dlaczego?
   — Ja... — zaczął Harry. — Po prostu się zamyśliłem.
   — I, jeżeli dobrze się domyślam, twoje przemyślenia nie miały nic wspólnego z transmutacją, prawda? — Harry kiwnął głową. — W takim razie odejmuję Gryffindorowi pięć punktów. Jeżeli jeszcze raz złapie cię na bujaniu w obłokach, wlepię ci szlaban, zrozumiałeś?
   — Tak, pani profesor.
   Harry usiadł i nie pozwolił już sobie na rozważanie propozycji Ashley. W każdym razie nie na lekcji. Z maksymalnym skupieniem słuchał wykładu McGonagall o zaletach i wadach transmutowania ludzi w różne przedmioty.

***

   — Cała rolka pergaminu — jęczał Ron. — Cała rolka o plusach i minusach głupiej transmutacji. Znam tylko trzy pozytywy i jeden negatyw.
   — Słuchajcie, chcę wam coś powiedzieć — wtrącił się Harry, przerywając narzekania Rona. — Co byście powiedzieli na to, gdybym założył coś w rodzaju kółka korepetytorskiego?
   — W sensie grupowa nauka? — powiedział Ron. — Nie, dzięki. I tak mam jej dosyć.
   — Chodzi mi o to, że razem z kilkoma osobami moglibyśmy nawzajem uczyć się zaklęć — wyjaśnił Harry.
   — To naprawdę ciekawy pomysł. — Hermiona z aprobatą pokiwała głową. — A kto byłby w tej grupie?
   — Szczerze mówiąc to nie wiem — przyznał Harry, zdając sobie sprawę, że nawet o tym nie pomyślał. — Nie chciałbym narzucać żadnych ograniczeń. Każdy mógłby przyjść, jeżeli by chciał.
   — Tak, tylko jeżeli chcesz założyć takie kółko, a w jego składzie będzie więcej niż dziesięć osób, to najpierw musisz mieć pozwolenie dyrektora — wyjaśniła Hermiona.
   — Skąd wiesz? — zdziwił się Ron, na co dziewczyna przewróciła oczami i spojrzała na niego z dezaprobatą.
   — Z regulaminu szkoły, Ron — odpowiedziała uśmiechając się ironicznie. — Może w końcu powinieneś go przeczytać? Dowiedziałbyś się kilku przydatnych rzeczy, na przykład tego, że prace domowe należy odrabiać samemu, a nie spisywać je od innych.
   — Co ją ugryzło? — zapytał rudzielec Harry'ego, kiedy Hermiona udała się do biblioteki.
   — Pewnie nadal jest na ciebie wściekła po tym jak powiedziałeś, że jest gruba.
   — Ja tak powiedziałem? Kiedy? — Ron wytrzeszczył oczy.
   — Na śniadaniu — westchnął Harry. — Jak oznajmiła, że ma zamiar się odchudzać.
   — Ale nie chodziło mi o to, że jest gruba — zaprotestował Ron. — Po prostu chciałem jej pokazać, że zgadzam się z jej decyzją.
   — Zabrzmiało to zupełnie inaczej — zaśmiał się Harry.
   — Jak myślisz? Powinienem ją przeprosić? — zapytał Ron, a Harry zakrył dłonią czoło i pokręcił głową.
   — No raczej — odpowiedział tonem, w którym kryła się nutka politowania.
   Ron kiwnął głową i odłączył się od Harry'ego, pędząc do biblioteki. Harry pokręcił głową ze śmiechem. Stwierdził, że wypadałoby odezwać się do Martina i Kaspara, toteż skierował się do pokoju wspólnego. Z racji tego, że za niecałe pół godziny zaczynał zielarstwo, przyśpieszył kroku, aby spokojnie zdążyć. Za rogiem wpadł na kogoś z impetem. Szybko złapał tę osobę, aby uchronić ją przed upadkiem. Spojrzał na nią, chcąc wymamrotać szybkie przeprosiny i jęknął w duchu.
   Przed nim stała Sybilla Trelawney, która poprawiała swoje wielkie okulary. Popatrzyła na Harry'ego z wyrzutem, na co Potter szybko przeprosił i chciał ją wyminąć, lecz nauczycielka zagrodziła mu drogę.
   — Mój drogi chłopcze — zaczęła zachrypniętym głosem. — Powinieneś bardziej uważać, ponieważ pośpiech jest złym doradcą. Wyczuwam wokół ciebie szczególnie niepokojącą aurę, przez co…
   — Tak wiem, wiem — przerwał jej Harry z trudem powstrzymując się przed wywróceniem oczami. — Czeka mnie śmierć, tortury i inne takie. Przepraszam pani profesor, ale naprawdę bardzo się śpieszę.
   Harry ponownie chciał przejść obok szalonej nauczycielki, ale ta szybko złapała go za dłoń i zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyszeptała:
   — Taak, twoja linia życia jest wyjątkowo krótka. Wiesz co to oznacza, prawda?
   Harry westchnął cierpiętniczo i nie odezwał się ani słowem. Znowu chciał wyszarpnąć rękę, lecz bezskutecznie. Wyglądało na to, że Trelawney nie zamierzała na tym poprzestać:
   — Ale widzę tu też linię serca. Ta jest bardzo długa i, oh mój drogi, to niebywałe, rozdziela się na trzy części. Wygląda na to, że czeka cię skomplikowane życie uczuciowe.
   Harry desperacko próbował uwolnić dłoń, ponieważ Sybilla Trelawney była ostatnią osobą, z którą chciał rozmawiać o swoim życiu towarzyskim.
   — Tak, jedna z nich ciągnie się ku górze, jest bardzo szeroka, ale gwałtownie się urywa. To uczucie prawdziwe i głębokie, ale niestety krótkie i zakończone niespodziewanie. Być może przeprowadzka albo poznanie kogoś innego?
   — Naprawdę, pani profesor, powinienem już... — zaczął Harry, ale został uciszony machnięciem ręki.
   — Druga linia jest długa. W pewnym momencie jest najbardziej oddalona od reszty, ale później przybliża się coraz bardziej. Będzie to miłość spokojna, która połączy dwie osoby cierpiące przez samotność. Ale czy będzie trwała? Ha, kto to wie? Ostatnia jest najciekawsza. Bardzo nieregularna i przerywana. Uczucie gwałtowne, wybuchowe, nieprzewidywalne, zrodzone z gniewu i nienawiści. Przeplata się z linią drugą, ale w pewnym momencie obie się rozdzielają. Wygląda na to, mój drogi chłopcze, że w przyszłości będziesz musiał zdecydować, czy wybierzesz miłość pełną gwałtowności i szaleństwa, czy raczej spokojną i dającą poczucie stateczności. Wybierz mądrze, ponieważ będzie to decyzja na całe życie.
   — Tak, jasne, dziękuję — mruknął Harry. — Na pewno dobrze się nad tym zastanowię. Kto wie, może wybiorę celibat? A teraz naprawdę muszę już iść, do widzenia.
   Dosyć gwałtownie wyrwał swoją rękę i szybkim krokiem odszedł od nauczycielki, nie przejmując się, że może stracić punkty za swoje zachowanie. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął biec i zatrzymał się dopiero przed portretem Grubej Damy. W zasadzie był nawet odrobinę zaskoczony. Spodziewał się, że Trelawney zacznie mu przepowiadać wszystko co najgorsze, zaczynając od złamania ręki, a na śmierci kończąc. A tymczasem dowiedział się, że w przyszłości będzie go czekać bujne życie towarzyskie. Parsknął śmiechem i pokręcił głową, a potem wypowiedział hasło i zabrał się za pisanie listów. O przepowiedniach nauczycielki wróżbiarstwa szybko zapomniał. Przynajmniej na jakiś czas.
Mrs Black bajkowe-szablony